Flying Colors - Third Degree

Tomasz Kudelski, Flying Colors - Third Degree

Supergrupy cały czas w modzie… Jednym ze skutków ubocznych zmniejszającej się rentowności sprzedaży płyt, jest zwiększenie własnego zaangażowania w liczbę projektów. Stosunkowo łatwo jest skrzyknąć kilku kolegów z ugruntowanymi nazwiskami w branży, spotkać się raz na rok, coś tam pobrzdąkać, resztę dorobić korespondencyjnie i jest płyta.

Według tego schematu zadziałała też Flying Colors - formacja, której trzon stanowi były perkusista Dream Theater Mike Portnoy (swoisty mistrz tworzenia supergrup), który postanowił związać siły ze Steve’em Morse’em oraz klawiszowcem Nealem Morse’em. Na basie zatrudniony został Dave LaRue, a wokalistą tego combo został obdarzony mało rockowym wokalem Casey McPherson.

Dla mnie ze względu na udział Steve’a Morse’a jest to kolejny „Purple related” projekt. Choć prawdopodobnie stylistycznie jest mu bliżej do złagodzonego popowym sznytem progresywno – metalowego świata brzmienia grupy Dream Theater. Na marginesie zaznaczę, że wkład tej grupy w „rozwój” samego prog rocka czy metalu uważam za porównywalnie szkodliwy, co Yngwie Malmsteena dla muzyki gitarowej. Szczerze przyznam się jednak, że poprzednia płyta Flying Colors „Second Nature” (2014) zawierała co najmniej jedną świetną kompozycję – „Peaceful Harbour”. Niestety nowa płyta zatytułowana „Third Degree” takiego klejnotu już nie oferuje.

Stylistycznie mamy tu do czynienia z wciąż wyraźną fascynacją twórczością grupy Muse, wymieszaną z crossoverową kuchnią folk-fusion, wspartą progmetalowym sznytem oraz, co jest pewną nowością, silnymi naleciałościami lat 60. spod znaku The Beatles czy Bee Gees. Tylko, że z jakiegoś powodu ta mieszanka stylów i kultur mnie nie przekonuje, ba! wieje z niej charakterystyczną dla współczesnej muzyki progresywnej nudą i brakiem oryginalności. To niesamowicie sterylne, technicznie bardzo poprawne granie, niby melodyjne, ale w sumie te melodie nie niosą ze sobą silnego przekazu.

Nie ma tu ani zdecydowanego uderzenia, ani emocji, ani poczucia, że jest to prawdziwy rockowy zespół, który ma jakaś konkretną wizję. Brzmi to wszystko wyłącznie jak efekt spotkania pięciu sprawnych instrumentalistów, którzy wygenerowali kolejny muzyczny produkt. Choć może właśnie efemeryczny charakter tego zespołu i sposób w jaki on funkcjonuje jest również tego konsekwencją.

Steve Morse, jakby odreagowując traumę Boba Ezrina, który w Deep Purple zmusza go do bardziej emocjonalnego a mniej technicznego grania, prezentuje tym razem swoje bardziej standardowe oblicze. Wokal McPhersona jest bezbarwny i w ogóle nie ciągnie płyty, zaś klawisze Neala Morse’a, gdy nawet próbują udawać Hammonda, to brzmią nie przekonująco.

Jest na tej płycie dużo dźwięków, dziwnych harmonii, gitarowych wiatraków i całego tego progresywnego sztafażu, jednak mało w tym wszystkim muzyki. Pewnie równocześnie w różnych zakątkach globu ukazuje się codziennie dziesięć czy dwadzieścia podobnych, a może nawet znacznie bardziej wartościowych wydawnictw o podobnej proweniencji tylko nie firmowanych znanymi nazwiskami, o których pewnie mało kto usłyszy.

I jeszcze jedna uwaga: celowo nie piszę nic o poszczególnych utworach, ponieważ żaden niczym się specjalnie nie wyróżnia. Wszystkie to typowe przykłady solidnego rzemiosła, ale nie sztuki.

Jednak dużo łatwiej być sprawnym instrumentalistą, niż dobrym kompozytorem...

MLWZ album na 15-lecie