Renaissance - Renaissance

Przemysław Stochmal, Renaissance - Renaissance

Mamy wyjątkowy rok, w którym wiele debiutanckich albumów późniejszych progrockowych klasyków świętuje swoje pięćdziesiąte jubileusze. Niedawno celebrowaliśmy półwiecze opublikowania pierwszej płyty King Crimson, nieco wcześniej miały miejsce pięćdziesiąte rocznice wydania pierwszych albumów Yes i Genesis. Magiczny rok 1969 to jednak przecież nie tylko progresywne debiuty, ale i wielkie otwarcia dla wielu innych rockowych karier – by wspomnieć bodaj najsłynniejszy debiut tamtego rocznika, z płonącym sterowcem na okładce.

I właśnie z debiutancką płytą Led Zeppelin poniekąd wiąże się nasza dzisiejsza płyta-bohaterka - jedna z tych inauguracji wielopłytowych dyskografii, które umykają gdzieś wobec doniosłości i popularności swoich równolatek czy dorobków bardziej popularnych formacji – tak w granicach progresywnego podgatunku, jak i rocka w ogóle. Mowa o wydanym w październiku 1969 roku pierwszym albumie zespołu Renaissance, który wówczas, dokładnie pięćdziesiąt lat temu, w sensie personalnym nie miał prawie nic wspólnego z tą inkarnacją grupy, którą kojarzy i zna się najlepiej – z Annie Haslam, przepięknie wyśpiewującą opowieści o Szeherezadzie i całą masę innych symfoniczno-rockowych historii.

Dlaczego padła nazwa Led Zeppelin? W pewnym uproszczeniu można by stwierdzić, że powstanie słynnego kwartetu oraz grupy Renaissance było efektem rozłamu w zespole The Yardbirds, do którego doprowadziły różnice artystyczne jego filarów – Jimmy Page ciągnął ku modnym wpływom psychodelii i przede wszystkim ku cięższej odmianie rocka opartego na bluesie, z kolei tandem Keith Relf (śpiew) i Jim McCarty (perkusja) skłaniał się ku wpływom gatunków, które, jak się miało okazać, stanowiły podstawy pod ukonstytuowanie się rocka progresywnego – mowa o folku, muzyce klasycznej i jazzie.

Debiut Renaissance stanowi zatem interesującą i bardzo dojrzałą, co nie powinno dziwić w przypadku tak doświadczonych liderów, syntezę powyższych inspiracji, nie pozbawioną jednak naleciałości stylistycznych związanych z dotychczasową blues-rockową działalnością twórców. Pewne elementy stylu wygenerowanego przez zespół na debiucie nie pozostały bez kontynuacji w dalszych latach, gdy skład diametralnie uległ zmianie i rzecz nie dotyczy bynajmniej jedynie incydentalnych późniejszych kompozycji, których McCarty, jako jedyny z założycieli grupy, był współautorem. Zapowiedź „właściwego” stylu Renaissance stanowią zwłaszcza nawiązujące do muzyki poważnej rozwiązania, w których fortepian bądź klawesyn prowadzi klasycyzujące linie unisono z basem (gitara elektryczna również i w tej formule zespołu odgrywa rolę podrzędną), jak i pastoralne, folkowe fragmenty ozdobione żeńskim śpiewem (w roli wokalistki siostra lidera, Jane Relf). W tym kontekście przede wszystkim kompozycje „Island” i „Wanderer” najpełniej odnalazłyby się na późniejszych płytach grupy. Z kolei potencjalnie najdalej od przyszłych dokonań Renaissance plasuje się finalna, jedenastominutowa suita „Bullet”, stanowiąca progresywną w swojej strukturze opowieść łączącą bluesa z instrumentalnym ceremoniałem z pogranicza jazzu i muzyki awangardowej.

Z pewnych powodów album w swoim czasie właściwie przepadł, również i dziś to dzieło raczej zapomniane – tak w kontekście dorobku Renaissance, jak i klasyki rocka progresywnego. Wielka szkoda, bo jest w zasadzie jedynym obok „In The Court Of The Crimson King” przykładem wydanego w 1969 roku debiutu późniejszego tuza gatunku, który nie tylko spełnia „warunki” później uznane jako jego założenia programowe, ale również, łącząc elementy muzyki rozrywkowej z artystycznie ambitniejszymi wpływami, właściwie współdefiniuje progresywny nurt rocka. I choć nie jest to dzieło tak wybitne, perfekcyjne i nowatorskie, jak debiut King Crimson, to jednak miejsce w historii przypadło mu dalekie od tego, na jakie w rzeczywistości zasługuje.

MLWZ album na 15-lecie