Protean Circus - Rhymes In The Voice Of River

Artur Chachlowski, Protean Circus - Rhymes In The Voice Of River

Protean Circus to progresywny zespół rockowy założony w 2016 roku, w którego skład wchodzą Daniele Imperioli na wokalu, Marco Cutini i Lorenzo Zanelli na gitarach, Andrea Piacentini na klawiszach, Simone Todini na basie i Luca Cutini na perkusji. Produkcje tego włoskiego zespołu rozpościerają się od melodyjnych i bardziej popowych brzmień, poprzez szczyptę klasycznego rocka, przez nuty metalu, aż po pełne epickiego rozmachu i ciekawych niuansów na wskroś progresywne granie. Ich pierwszy, wydany w tym roku album „Rhymes In The Voice Of River” to koncept inspirowany legendami cyklu bretońskiego, z dźwiękami bardzo podobnymi do tych z tradycyjnej muzyki celtyckiej. Jednak głównym plusem muzyki zespołu Protean Circus jest moim zdaniem umiejętne eksperymentowanie z różnymi gatunkami i tworzenie nowych brzmieniowych mieszanek, bez jakiegokolwiek obligatoryjnego zawieszania ich w jakimkolwiek jednoznacznie zdefiniowanym stylu. Taka właśnie jest omawiana przez nas dzisiaj płyta.

Dream Theater, Pink Floyd, Porcupine Tree, Queen, Dire Straits, Toto, Arena, Pendragon… Takich nazw, a właściwie licznych muzycznych wpływów można wymienić znacznie więcej. Protean Circus czerpie ile wlezie z historii rocka. Ale robi to w sposób umiejętny i bardzo przemyślany, trafiając w niszę przeznaczoną dla słuchaczy kochających dość konserwatywne klimaty związane z tradycyjnie rozumianym rockiem progresywnym. Bez udziwnień, bez nadmiernej chęci schlebiania najnowszym modom, bez mizdrzenia się do krytyków i słuchaczy. Jeżeli ktoś już bardzo chce użyć tak bardzo nielubianego przeze mnie określenia ‘rock regresywny’, to przyznaję: pasuje ono jak ulał do tego wszystkiego, co słyszymy na albumie „Rhymes In the Voice Of River”. Ma on swoje lepsze i trochę słabsze momenty, ale nikt nie zarzuci Włochom nieodrobienia lekcji z historii progresywnego gatunku. Osobną kwestią pozostanie finalna ocena efektu ich pracy. Jakkolwiek by nie oceniać, niemal na każdym kroku słychać przeogromną fascynację tradycyjnie brzmiącym prog rockiem. Jedni zarzucą im wtórność, inni pokochają za jasne stawianie sprawy. A jeżeli już chciałoby się sięgnąć po to wydawnictwo tylko z powodu jednego, jedynego utworu (są takie płyty!), to na krążku tym znajdujemy taką właśnie kompozycję. Kompozycję ocierającą się o granice artrockowego geniuszu, taką której chciałoby się słuchać bez końca i pomimo, że trwa ona kilkanaście minut, w ogóle nie chce się, żeby się kończyła.

Jest nią finałowy utwór zatytułowany „A Mild Immortal Nymph Of River”. Zawiera on w sobie całą paletę progrockowych barw, od akustycznych odcieni na samym początku, poprzez powolny symfoniczny wzrost napięcia, gdzie fortepianowe dźwięki (świetny Andrea Piacentini) próbują przeciwstawić się raz energetycznym, a raz lirycznym gitarom, aż po genialne ścieżki melodyjne wyśpiewywane przez Daniele Imperioliego mocnym i pewnym głosem. To utwór, który rozwija się konsekwentnie, nabiera tempa i mocy niczym pędząca kula śniegowa i znajdujący swoje ujście w fantastycznym finale. To utwór trafiający bezpośrednio sam w środek serca. Zamykający we wspaniały sposób tę blisko godzinną muzyczną ucztę. Utwór, w którym nie sposób się nie zachwycić. Jestem pewien, że stanowi on element wspólny zarówno dla tych, którzy ten rodzaj progresywnego grania lubią, jak i dla tych, co go nienawidzą.

MLWZ album na 15-lecie