Magnus, Nick - Catharsis

Artur Chachlowski, Magnus, Nick - Catharsis

W pierwszej połowie lat 70. dołączył do stawiającej wtedy pierwsze kroki, a legendarnej dzisiaj, formacji The Enid. Jego kariera potoczyła się tak, że pisał muzykę filmową (m.in. soundtrack to filmu „Bloody New Year” w reżyserii Normana J. Warrena), a także współpracował z wieloma progresywno-rockowymi tuzami, w tym przede wszystkim ze Steve’em Hackettem, u którego zagrał na m.in. płytach „Spectral Mornings”, „Defector”, „Highly Strung” i „Till We Have Faces” oraz z którym intensywnie koncertował przez całą dekadę lat 80.

Jego pierwsze solowe albumy, poczynając od „Straight On Till Morning” (1994) zawierały wyłącznie nagrania instrumentalne. Jednak już późniejsze wydawnictwa, jak „Hexameron” (2004), a także omawiane na łamach MLWZ.PL „Children Of Another God” (2010) czy „N’Monix” (2014), skierowane były w stronę tradycyjnego progresywnego rocka i nagrywane były przy współpracy z tak znakomitymi wokalistami, jak Tim Bowness, Pete Hicks, Andy Neve, Tony Patterson czy Amanda Lehmann. Nie inaczej jest na nowej płycie Nicka Magnusa zatytułowanej „Catharsis”. Śpiewa na niej czwórka ostatnich wymienionych wokalistów (plus także sam Magnus). A grają m.in.: na gitarze - Steve Hackett, który wykonuje brawurową solówkę w otwierającym płytę utworze zatytułowanym „Red Blood On White Stone” oraz na skrzypcach – Steve Unruh.

Utworów na „Catharsis” jest osiem. I wszystkie – tworząc spójną, trwającą nieco ponad trzy kwadranse całość – stanowią klasę samą w sobie. Duża część albumu brzmi bardzo przestrzennie, niemal jak filmowa ścieżka dźwiękowa. Szczególnie słychać to w epickich kompozycjach „Red Blood On White Stone” oraz „Mountain Mother” (ta druga stanowi absolutnie rewelacyjny finał płyty). W nieco mniej rozbudowanych piosenkach jest równie wspaniale. Zdumiewająco dobrze brzmi śpiewany przez Amandę Lehmann utwór „A Widow In Black”, świetnie wokalnie zinterpretowana jest przez Tony’ego Pattersona kompozycja „The Devil’s Bridge”, któremu z kolei ani trochę nie ustępuje śpiewany przez Pete’a Hicksa utwór „Three Tall Towers”. Chyba najmniej przekonywująco wypadają instrumentalne tematy „Gathering Mists”, a przede wszystkim za bardzo jak na mój gust przesiąknięty barokiem i cyganerią „Convivium”. Niemniej użycie orkiestracji i wykorzystanie chóralnych wokali jest na tej płycie po prostu oszałamiające. Zabieg ten we wspaniały sposób ilustruje zamysł konceptu albumu, który opowiada o wpływie, jaki mogą mieć na nas niektóre miejsca na ziemi, a także ich historia. W tym przypadku chodzi region Ariège we francuskich Pirenejach…

Płyta „Catharsis” zachwyciła mnie od pierwszego słuchania. Jest ona pod każdym względem bezwzględnie staroświecka, w najlepszym tego słowa znaczeniu. Nie jest tak, że album brzmi przestarzale, ale Nick jednoznacznie hołduje oldschoolowym wartościom muzyki artrockowej. I w zadziwiający sposób robi to tak, że „Catharsis” brzmi zaskakująco świeżo i mega intrygująco. To jeden z takich albumów, który już w trakcie słuchania, z każdą minutą, zdumiewa, że jak aż tak dobry. Posiada w sobie wszystko, czego życzyłby sobie prawdziwy fan progresywnego rocka. Są na nim wspaniałe i dramatyczne momenty, szybko wpadające w ucho (i w pamięć!) melodie, a wykonanie, produkcja oraz forma wszystkich uczestników nagrań, w tym przede wszystkim samego Nicka Magnusa, jest po prostu wyborna!

MLWZ album na 15-lecie