Wyatt, Frank & Friends - Zeitgeist

Artur Chachlowski, Wyatt, Frank & Friends - Zeitgeist

To jest opowieść o Franku Wyatcie – pianiście znanym z oryginalnego składu amerykańskiej legendy progresywnego rocka – zespołu Happy The Man (w latach 1977 – 2004 wydali siedem albumów studyjnych i koncertowych). Pięć lat temu zdiagnozowano u niego raka. Czasu miał mało. Sił też niewiele. Wykrzesał je jednak, by prawdopodobnie po raz ostatni zagrać ze swoimi muzycznymi przyjaciółmi.

Tak właśnie firmowana jest jego płyta: Frank Wyatt & Friends. Lista przyjaciół jest długa. Wśród muzyków towarzyszących mu na płycie, która z założenia ma być jego pożegnalnym albumem, znaleźli się członkowie grupy Happy The Man oraz projektów Oblivion Sun i Pedal Giant Animals - praktycznie wszyscy najważniejsi, z którymi tworzył muzykę w trakcie blisko 50 lat swojej kariery: Kit Watkins, Bill Brasso, Stan Whitaker, David Hughes, David Rosenthal, Rick Kendell, Chris Mack, Mike Beck, Ron Riddle, Andrew Colyer i wokalista Cliff Fortney.

Ze względu na liczne przerwy na regenerację po wyczerpujących terapiach przeciwnowotworowych ukończenie ostatniego muzycznego projektu zajęło Wyattowi znacznie więcej czasu, niż się pierwotnie spodziewał. Jednakowoż niedawno ukazał się album zatytułowany „Zeitgeist” zawierający – i tu zaskoczenie – muzykę ogromnie pozytywną i ciepłą. Kto wie, być może to najlepszy album, jakiego jego macierzysty Happy The Man nigdy nie nagrał?

„Zeitgeist” to w przeważającej większości album instrumentalny utrzymany w dobrej jazzrockowej stylistyce. Zawiera on wyraźne wpływy twórczości grupy Happy The Man, łącząc w sobie progresywny rock z wysokoenergetyczną dawką muzyki fusion pełną spektakularnych solówek klawiszowych i gitarowych. Jedynie dwa utwory – tytułowy (śpiewa w nim gitarzysta Stan Whitaker) oraz „Eleventh Hour” (wokalnie udziela się Cliff Fortney) – mają nieco inny charakter. „Zeitgeist” (utwór) to nic innego jak osiem minut absolutnie fascynującego grania balansującego na pograniczu jazzu i art rocka ze świetnymi partiami duetu klawiszowców Frank Wyatt – Kit Watkins. Z kolei „Eleventh Hour” to dość błaha poprockowa piosenka z prostą melodią i (powiedzmy to uczciwie: nienajlepszym) wokalem Cliffa Fortneya. Utwór jest hołdem Franka złożonym swojej żonie Mindy, która mocno wspiera go w chorobie. I chyba tylko dlatego znalazł się on w programie tego wydawnictwa, gdyż pozostaje on w zdecydowanym przeciwprądzie do tak mocno nasączonych jazzrockowym pierwiastkiem utworów, jak „Leaving”, „The Approach” czy „Fred’s Song” (to z kolei nagranie zadedykowane jest pamięci niedawno zmarłego przyjaciela Wyatta, Freda Browna).

Najważniejszym punktem programu jest bez wątpienia czteroczęściowa, trwająca ponad 25 minut rockowa symfonia pt. „Perelandra”. To bezpretensjonalne, choć chwilami mocno patetyczne dzieło zainspirowane książką C.S. Lewisa pt. „Space Trilogy”. Brzmi bardzo symfonicznie, choć do jego nagrania Frank Wyatt użył jedynie sampli, a nie żywych instrumentów. Lecz brzmi doprawdy znakomicie, a szczególnie imponuje dużą różnorodnością i ogromną dynamiką brzmieniową. Chwytliwe melodie szybko zapadają w pamięć i prowadzą do nieuniknionego epickiego punktu kulminacyjnego (presto „Blessed Be He”) zakończonego dramatycznym, acz optymistycznie brzmiącym finałem.

„Od usłyszenia diagnozy minęło pięć lat. Te pięć lat to życie bez gwarancji. Prawdopodobnie ten projekt był tym, co dodawało mi sił w trudnych chwilach” – mówi Frank Wyatt. – „Byłem zbyt uparty, żeby się poddać. Muzyka okazała się wspaniałym lekarstwem. Praca w studiu była dla mnie wielką radością, choć z wielu względów sprawą trudną do odpowiedniego skoordynowania. Nieustannie musiałem odkładać sprawy na później, ponieważ moja terapia powodowała, że byłem zbyt słaby, by normalnie funkcjonować. Sądzę jednak, że końcowy efekt potwierdził, że warto było”.

Mam ogromną nadzieję, że Frank Wyatt wciąż ma przed sobą wiele lat tworzenia muzyki. Jeżeli jednak, zgodnie z pierwotnym założeniem, jest to faktycznie jego album pożegnalny, to powiem szczerze, że za takie właśnie muzyczne pożegnanie ręce same składają się do oklasków.

MLWZ album na 15-lecie