Williams, Robbie - The Christmas Present

Artur Chachlowski, Williams, Robbie - The Christmas Present

Niemal każdy topowy mainstreamowy artysta chociaż raz próbował zmierzyć się ze świątecznymi piosenkami. To towar doskonale dopasowany do okoliczności i zwykle w szale przedświątecznych zakupów okazuje się on komercyjnym samograjem. Takie świąteczne albumy mają to do siebie, że co roku pojawiają się jak grzyby po deszczu. Nie każdy jednak pozostaje w pamięci dłużej niż jeden sezon. Ten, o którym piszę dzisiaj, to album na wiele lat i jestem pewien, że będziemy go słuchać – nawet jeżeli tylko w jednym miesiącu, w grudniu – przed długie, długie lata.

Robbie Williams to jeden z takich artystów, którego płyty nie są omawiane na naszym portalu. Ale „The Christmas Present” to album wyjątkowy. Świetny, pełen energii, wigoru i radości z nadchodzących Świąt. Może podobać się od początku do końca (a zmieszczono na nim ponad półtorej godziny muzyki), a każdy utwór, bez wyjątku, to bożonarodzeniowa perełka jak się patrzy. Zaryzykuję pewne stwierdzenie: to świąteczna płyta dekady. To rzecz, która umili Święta w każdym domu. Spodoba się youngsterom, spodoba się ojcu, spodoba się matce, zachwyci siostrę, a także przychodzących ze świąteczną wizytą ciotkę i wuja. Ucieszy nawet sąsiadkę, a gdy podkręcimy sobie głośniej, na pewno nie rozlegnie się nerwowe stukanie w ścianę.

Mało jest piosenkarzy, którzy lepiej pasowaliby do świątecznej formuły bożonarodzeniowych piosenek niż Robbie Williams. W dodatku, gdy układa on program swojego albumu tak, że zawiera on zarówno standardy, covery oraz oryginalne (tych jest na szczęście najwięcej) piosenki, a w dodatku zaprasza do zaśpiewania w duecie takie gwiazdy, jak Rod Stewart (dwukrotnie: w „Fairytales” i w „It Takes Two”), Bryan Adams, Jamie Cullum, Helene Fischer czy bokser Tyson Fury (!), to nie może wyjść z tego zwyczajna płyta. A przecież jeszcze w utworze „It’s A Wonderful Life” do wspólnego śpiewania Robbie zaprosił swojego ojca, Petera Conwaya. Rzecz doprawdy niebywała!

Sporo jest na tej płycie tradycyjnie swingującej muzyki, w której Williams upodabniając się (nie pierwszy raz w swojej karierze zresztą) do Franka Sinatry czuje się jak ryba w wodzie. Z wyczuciem śpiewa klasyki („Winter Wonderland”, „Let It Snow! Let It Snow! Let It Snow!”, „The Christmas Song (Chestnuts Roasting On An Open Fire”) czy „Santa Baby”, który pamiętamy z rewelacyjnego wykonania Earthy Kitt, a teraz lśni on pełna mocą w cudownym duecie Robbie Williams – Helene Fischer). Wspaniale wypada, gdy rozkrzyczany dyżurny przebój grupy Slade „Merry Xmas Everybody” wspólnie z Jamie Cullumem wypełnia rozkołysanym bigbandowym feelingiem. Całkiem fajnie brzmi też w przesączonych nowoczesną elektroniką utworach „Soul Transmission” czy, w wersji deluxe płyty, w mocno funkującym „Merry Kissmass”. Nawet Lake’owski niedościgniony standard „I Believe In Father Christmas” brzmi w jego wydaniu fantastycznie.

Najpiękniejsze są jednak nowe, oryginalne utwory Williamsa. To właśnie one czynią z płyty „The Christmas Present” coś znacznie większego niż zwykły, kolejny album z piosenkami na Święta. Jestem pewien, że takie utwory, jak „Rudolph”, „Home”, „Darkest Night”, „Snowflakes”, „Time For Change”, „Best Christmas Ever” czy wybrany na singla „Bad Sharon” nie później niż za rok trafią do ścisłego kanonu ulubionych świątecznych przebojów. Tyle dobrej, a przy tym premierowej, bożonarodzeniowej muzyki, zebranej na jednej płycie nie było już dawno. I to w dodatku na płycie tak pięknie wydanej, opatrzonej aż 44-stronicową bajecznie kolorową książeczką.

Williamsowi wyszła naprawdę świetna płyta. Wiem, że zamieszczona na niej muzyka towarzyszyć mi będzie w trakcie tegorocznych Świąt Bożego Narodzenia. I póki nie jest za późno nieśmiało podpowiadam: „The Christmas Present” to idealny upominek, z którego wiele osób ucieszyłoby się, gdyby znalazły go pod choinką.

MLWZ album na 15-lecie