Moon Letters - Until They Feel The Sun

Tomasz Dudkowski, Moon Letters - Until They Feel The Sun

Rok powoli dobiega końca, niemniej jeszcze do moich uszu docierają dźwięki z nowych albumów wydanych w ciągu ostatnich dwunastu miesięcy. Jednym z nich jest debiutancka płyta amerykańskiej formacji z Seattle – Moon Letters.

Zespół powstał w 2016 roku i tworzy go piątka muzyków: śpiewający i grający na flecie Michael Trew, klawiszowiec John Allday, gitarzysta Dave Webb, basista Mike Murphy oraz zasiadający za zestawem perkusyjnym Kelly Mynes.

Wydany w czerwcu tego roku album „Until They Feel The Sun” to dziesięć utworów, w których artyści przenoszą nas w rejony dość odległe od Seattle albowiem tematyka płyty związana jest mocno z północno-wschodnim wybrzeżem Oceanu Atlantyckiego.

Zaczyna się od instrumentalnego utworu "Skara Brae" z ciekawym duetem gitarowo - klawiszowym i subtelną partią fletu pod koniec. Dźwięki tego instrumentu rozpoczynają też następny "On The Shoreline", w którym możemy już usłyszeć partie wokalne w wykonaniu Trewa, który dysponuje interesującą barwą głosu (mi akurat przypomina naszego Tomka Różyckiego z czasów "Baśni" – ot, takie pierwsze skojarzenie). Odgłosy nadmorskich ptaków wprowadzają nas w zaśpiewaną a capella przez trio Trew – Allday – Murphy piosenkę "What is Your Country". To wyciszenie przerywa bardziej dynamiczny, początkowo wręcz przebojowy, prawie ośmiominutowy "Beware The Finman" z licznymi zmianami tempa, z wyśmienitymi partiami klawiszy i ciekawymi solówkami gitary. Następnie dostajemy siedmiominutowy "Those Dark Eyes". Jest to jeszcze jeden bardzo mocny punkt albumu - początkowo instrumentalny, dość spokojny, w drugiej minucie zaczyna nabierać tempa, ale tylko na około minutę, gdyż po słowach "Welcome home" ponownie wycisza się i przechodzi w nastrojową balladę, by pod koniec przyspieszyć w kolejnym instrumentalnym fragmencie, w którym kolejnym solem popisuje się Allday. I tak przechodzimy do najdłuższego na płycie, dziewięciominutowego "Sea Battle" z kolejnymi licznymi zmianami tempa i solówkami zarówno na gitarze jak i klawiszach (Hackett i Banks by się ich nie powstydzili). Potem otrzymujemy trzy krótsze, bardziej zwarte utwory. Pierwszy z nich "The Tarnalin" wyróżnia się partią trąbek w wykonaniu Alldaya i Murphy’ego. "It's All Around You" to jednominutowa miniaturka (tylko gitara akustyczna i wokal), która kończy się odgłosami burzy i przechodzi w klasyczny rockowy utwór "The Red Knight" zwieńczony kolejną solówką gitarzysty. Na finał otrzymujemy siedmiominutowy "Sunset of Man" rozpoczynający się ponownie dźwiękami fletu i delikatnym śpiewem, po którym słyszymy znany już ze "Skara Brae" gitarowy motyw. Reszta utworu to wyśmienity popis instrumentalistów (przerwany tylko na chwilę zaśpiewanymi falsetem słowami "Sunset of.."). Trzeba przyznać, że cała piątka muzyków spisuje się w tym fragmencie (jak i na całym albumie) wyśmienicie co rusz racząc ciekawymi partiami swoich instrumentów.

Okładkę zdobi zdjęcie nimfy wyginającej swoje ciało na zmurszałych nadmorskich skałach, co dość udanie współgra z nastrojem płyty. Niemniej samo wydanie jest dość ubogie – czteropanelowy digipack z podstawowymi informacjami. Zespół posiada całkiem ciekawe logo (autorstwa Suzanny Fischer), które zostało umieszczone na dysku. Można było pokusić się chociaż o wkładkę z tekstami i zdjęciami zespołu.

Całość brzmi jakby założona gdzieś na początku lat siedemdziesiątych na północy Wysp Brytyjskich grupa została zahibernowana na początku swej działalności (wrażenie pogłębiają zdjęcia muzyków na profilu zespołu) i teraz została przywrócona do życia w Stanach by zaprezentować światu to, co napisała ponad czterdzieści lat temu. I nie do końca jest to zarzut - zespół czerpiąc całymi garściami z gigantów progrocka (Yes, Genesis, Jethro Tull, żeby wymienić tylko kilku) stworzył udany koncept album, który przynajmniej w kategorii debiutów znajdzie miejsce wśród moich ulubionych wydawnictw mijającego roku.

MLWZ album na 15-lecie