Moon Halo - Chroma

Maciej Lewandowski, Moon Halo - Chroma

Są płyty, który po pierwszym przesłuchaniu może nie rzucają natychmiast na kolana, ale dzięki temu, że posiadają swój niesamowity magnetyzm, za każdym kolejnym odtworzeniem otwierają przed słuchaczem ukryte niezwykłe piękno, zaklęte i zaczarowane w swoich wielobarwnych nutach. Niczym jak landrynka, która na początku nierzadko bywa kwaśna i twarda, a z czasem rozpuszczając się, uwalnia swoją słodycz, aby na końcu odsłonić przed nami przepysznie słodkie wnętrze.

Do takich właśnie "słodyczy" zalicza się album kapeli Moon Halo pt. "Chroma". I choć sygnowana nazwa zespołu pojawia się po raz pierwszy na rynku, to wcale nie mamy tu do czynienia z debiutantami.

Za ta „Księżycową Aureolą” kryje się przede wszystkim Marc Atkinson (śpiew i gitara akustyczna) znany przede wszystkim z zacnego zespołu Riverasea, współpracy z Lee Abrahamem oraz z projektu Nine Stone Close.  Drugim „kapitanem” na pokładzie jest Iain Jennings z Mostly Autumn i Breathing Space odpowiedzialny za keyboardy i programowanie.

Tych dwóch „kosmonautów” dobrało sobie niezwykle zacnych muzyków, „członków załogi w swojej księżycowej misji”, których koniecznie trzeba wymienić: David Clements (Riverasa) – gitara basowa, Alex Cromerty (Riverasea, Mantra Vega, Heather Findlay) – perkusja, Martin Ledger (Heather Findley) – gitary, odpowiedzialne za wokale i chórki Anne-Marie Helder (Karnataka, Panic Room), Olivia Sparnenn-Josh (Mostly Autumn, Breathing Space), Janine Atkinson (Riverase) i Tammy Pawson oraz Mikley Gibson – gitara uzupełniająca. I taka oto ekipa nagrała płytę „Chroma”, którą ciężko jednoznacznie zdefiniować, ale jak się paradoksalnie okazuje… jest to finalnie największą zaletą tego wydawnictwa.

Album składa się z 13 zróżnicowanych kompozycji, a całość trwa prawie dokładnie godzinę. Jak na prawdziwych liderów przystało prym wiodą: niezwykle urzekający wokal Marka Atkinsona, na tle wielobarwnych dźwięków instrumentów klawiszowych Iaina Jenningsa, okraszonych niesamowitym brzmieniem gitar Martina Ledgera we wszelkich możliwych stylach.

Płytę rozpoczyna kapitalnie wywiązujący się z roli prologu utwór „The Web”. To dynamiczna kompozycja oparta na elektronicznym podkładzie, z którego wyłania się niezwykła i drapieżna gitara Martina. Tekst, jak na tytuł przystało, porusza bardzo istotny współcześnie problem wszechobecnych mediów społecznościowych, uzależnienia od nich i interenetu oraz niebezpieczeństw z tym związanych. Symbol, konieczność, a jedocześnie przekleństwo i brzemię naszych czasów, do którego jeśli nie będziemy podchodzić ze zdrowym rozsądkiem może stać się naszą zgubą.

Następujący bezpośrednio po nim „Seize The Day” to pierwsze zaskoczenie dla słuchacza. Oto mamy riff niczym żywcem wyjęty z twórczości… ZZ Top. To przykład klasycznego rockowego grania, z elementami soulu, bluesa, a nawet muzyki funky. Rockowa „grzałka” poruszająca każdą kończynę słuchacza, a w słowach apel: „chwytaj i wykorzystuj każdy dzień”.

Po tych dwóch „energetykach” otrzymujemy ukojenie w postaci tytułowej, instrumentalnej kompozycji „Chroma”, brzmiącej niczym ścieżka dźwiękowa do zacnego filmu sf, w momencie kiedy to misja kosmiczna niebawem osiągnie swój cel podróży. I coś w tym jest, gdyż idealnie wprowadza nas ona w stan prawdziwego zenitu! „The Veil” to najszczerszy klejnot, niczym największy znaleziony, ponad 90-cio kilogramowy samorodek złota. To rodzaj dzieła, przy którym nie sposób wprost nie lewitować. To 6 minut i 31 sekund totalnej magii i uczty dla każdego wrażliwca. Po raz pierwszy chórki zaproszonych pań wprowadzają nas w niebiański nastrój, a to jak budowana jest dramaturgia całego utworu oraz jego klimat to prawdziwy progrockowy majstersztyk. Tu naprawdę ta twarda landrynka zaczyna się rozpuszczać i uwalniać coś na kształt emocjonalnej maestrii. Do tego dochodzi jeszcze przecudnej urody poetycki tekst i mamy autentyczny art rockowy crème de la crème:

When days are like shattering glass
They’re so fragile they don’t last
It’s like chasing waterfalls…

When hope seems a whole world away
And you’ve not got the faith to pray
For some kind of miracle…

But is falling just all we can do
Or is something inside me and you
Like some sort of fairy tale
Is it hidden and blinkered from view
And buried inside of the truth
In our own private wishing well…

But if there’s a river in me
It’s so far away from the sea
That it’s running on empty…

Is there nothing we can do or say
Or are we just counting down to Judgement Day
Like it’s some kind of miracle…

But the hope for salvation is free
It’s just between God and me
They’ll be no hiding place…
Is it fear that I’ll see in His face
Or just eternal grace
God only knows…

If all that I said was wrong
And I wrote it all down in a song
Would it be just the fairy tale
Of the face behind The Veil…

Po tym duchowym uniesieniu prawie pod sam Księżyc, za pomocą następnego utworu, którego tytuł pasuje jak ulał - „Parachute”, lądujemy na… Dalekim Wschodzie. Oto mamy orientalne japońskie koto, które wprowadza nas w pełen mocy, dynamiczny kawałek ze świetną, hardrockową gitarą i bardzo mocnym wokalem Marca i tłem klawiszy Iaina. Ten numer brzmi niczym klasyk Deep Purple, w końcu to nazwa zespołu nierozerwalnie kojarząca się z „Made In Japan”.

I ponownie zmiana „smaku”, tempa i klimatu, gdyż oto przychodzi czas na kompozycję „Somebody Save Us”, przy której koniecznie trzeba się zatrzymać, a nawet bardzo poważnie zastanowić. Apeluje o to wypowiadany już na samym początku utworu autentyczny głos Davida Attenborough, ostrzegający nas przed katastrofą ekologiczną, w obliczu której stoi nasza Matka Ziemia.

Pewnie znajdą się malkontenci, którzy będą wzruszać ramionami, że to temat oklepany, wręcz „modny”, aby o nim wspomnieć, aby być „na czasie”. Błąd!!! Jeśli będziemy wychodzić z takiego założenia, skutki naprawdę mogą być opłakane i odczuwalne jeszcze dla naszego pokolenia! Przecież to, co się obecnie dzieje w Brazylii z „płucami” naszej planety” zatrważa największe naukowe i ekologiczne umysły. Przerażające skutki anomalii pogodowych, które zachwiały cały porządek cyklu pór roku zbierają żniwa w postaci istnień ludzkich na wszystkich kontynentach. Do tego tony wszechobecnych śmieci, a w szczególności plastiku, kolonie śmiercionośnych wirusów, które niczym zemsta natury, zaczyna dopadać człowieka bez względu na pochodzenie czy status społeczny. To tytułowe wołanie „czy ktoś nas ocali i uratuje od piekła”, jest bardzo szczere i emocjonalne, a z muzycznego punktu, choć trwa niecałe 4 minuty, zadowoli każdego entuzjastę ambitnej odmiany rocka.

Kolejny raz „landrynka zmienia smak” przy utworze „What’s Your Name”. Oto słyszymy gitarę i rytm kojarzący się jednoznacznie tym razem z… Fleetwood Mac. Niezwykle pulsujący to kawałek, gdzie popis swoich umiejętności tym razem daje nam David Clements za sprawą kapitalnej linii basu. W tej wydawałoby się niewinnie bujającej piosence zawarte są pytania o naszą prawdziwą tożsamość: kim jesteśmy dziś naprawdę? Czy umiemy patrzeć szczerze ludziom w oczy i okazywać swoje wnętrze? Czy to w ogóle się opłaca? Kolejna przerażająca prawda o naszych chorych czasach.

Następujący po nim „Seventh Heaven” rozpoczyna się piękną, długą solową partią fortepianu i wyłaniającą się w tle niesamowitą gitarą a la Knopfler na tle delikatnych chórków. I nie ma co się dziwić, przecież w końcu to „siódme niebo”… To rewelacyjnie zaśpiewany przez Marka utwór, nawiązujący do wszystkiego co w nostalgicznych balladach rockowych najpiękniejsze.

„Let Me Out” ma z kolei w sobie coś z ducha muzyki lat 80. Dynamicznie rozwijająca się partia klawiszy i basu to coś pomiędzy… Kraftwerk, a Level 42. Kto by kiedyś pomyślał, że można oto takie klimaty połączyć i scalić w całość? Ale dobra muzyka nie zna granic.

Zmiana „smaku” przychodzi wraz z nastaniem kolejnej piosenkowej melodii „Awoken” jakby żywcem wyjętej z najlepszych dokonań Mike’a Rutherforda i jego Mechaników. To kapitalny przebojowy kawałek o nieprzewidywalnych scenariuszach naszego życia, przy którym nie sposób pozytywnie spojrzeć na wszystko co nas otacza. Czyż nasz los nie przypomina czasem karuzeli, na której jesteśmy raz wysoko, a raz na dole, a każdy ten stan powinien być dla nas lekcją  życia? Świetną rolę w tej kompozycji odgrywają chórki zaproszonych pań. Czysta perfekcja pop/soft rocka.

Dopiero ostatnie trzy utwory „Across the Great Divide”, „Rise Up” i „Don’t Let It End Like This” stanowią wyjątkowo spójną całość opartą przede wszystkim na instrumentach klawiszowych o różnym odcieniu. Wszystkie są pełne emocji i uczuć jakich dziś w muzyce nie jest łatwo znaleźć. Czyż marzenia nie dodają nam skrzydeł, a sny kolorytu? Czy cały czas nie tęsknimy za szczęściem, a najbardziej za KIMŚ, kto jest naszą osobistą „Księżycową Aureolą”? Czy w końcu ta tęsknota nie okazuje się bólem? Jak to wszystko wypośrodkować, aby uśmiech wygrał z krzywdą?… Epilog tego albumu dostarcza nam naprawdę nieziemskich doznań… We wszystkich tych finalnych kompozycjach pojawiają się klimaty kojarzące się z The Alan Parsons Project, Jean Michelem Jarre’em czy wreszcie samym Pink Floyd.

Ta idealnie dobrana załoga stworzyła naprawdę niezwykłą płytę. Album pomimo swej różnorodności, broni się jako całokształt od pierwszego do ostatniego utworu. Choć inspiracji i stylów jest tu tak wiele, to twórcy dobitnie udowadniają, że muzyka i jej gatunki nie stanowią żadnych ograniczeń i z każdego jej rodzaju można ułożyć spójną całość. Czyż nie jest to fantastyczne i jednocześnie autentycznie progresywne? Za taką nieprzewidywalnością w muzyce wręcz przepadam!

Pewien bardzo znany tytułowy bohater pewnego bardzo znanego filmu wypowiedział kiedyś słynną kwestię, że „życie jest jak pudełko czekoladek; nigdy nie wiesz, na co trafisz”. I ten cytat idealnie wręcz pasuje do albumu „Chroma”, gdyż każdy zawarty na nim utwór posiada swój odmienny urok i niepowtarzalny styl. Ale kartonik zacnych czekoladek pomimo różnych smaków, zawsze będzie stanowić precyzyjnie i sensownie dobraną całość zapakowaną w pudełko. Tak samo jest z tą niezwykłą płytą, którą już dziś wpisuję na listę muzycznych, bardzo ważnych i smakowitych „łakoci” tego roku.    

MLWZ album na 15-lecie