Mangala Vallis - Lycanthrope

Artur Chachlowski,
ImageZacznę bez ogródek: to album w sam raz dla słuchaczy czujący ogromny sentyment za latami 70. Szczególnie powinien on ucieszyć sympatyków twórczości grupy Genesis. W sferze muzycznej, jak i wokalnej grupie Mangala Vallis niedaleko jest do wczesnogabrielowskiego okresu działalności tego zespołu. I od razu trzeba przyznać, ze „Lycanthrope” nie brzmi wcale jak jakaś grubymi nićmi szyta podróbka starego stylu Genesis, czy najzwyklejsze zrzynanie muzycznych pomysłów, które sprawdziły się przed 30 laty. Muzycy tworzący grupę Mangala Vallis to zbyt zdolni, zbyt ambitni, a nade wszystko zbyt doświadczeni ludzie, by pójść na zwykłą łatwiznę. W zespole śpiewa Bernardo Lanzetti, który przed laty występował w chyba najsłynniejszej włoskiej formacji z kręgu symfonicznego rocka, a mianowicie w zespole PFM. Oprócz niego grupę tworzą Gigi Cavalli Cocchi (dr), Enzo Cattini (k), Riccardo Sgavetti (bg), Mirco Consolini (g), a także wspierający ją w dwóch utworach saksofonista David Jackson (ex-VDGG, The Tangent). Płyta rozpoczyna się od krótkiego instrumentalnego wstępu, na który składają się jakieś dziwne industrialne dźwięki przechodzące w zagraną na melotronie melodię jakby żywcem wyjętą z genesisowskiej płyty „Nursery Cryme”. Takich miłych dla art rockowych uszu nawiązań jest zdecydowanie więcej. Szczególnie w wieloczęściowej, trwającej ponad 25 minut kompozycji „Werewolf Suite”. Słuchając jej poszczególnych części można odnieść wrażenie jakby zespół Mangala Vallis zabierał nas w prawdziwą podróż w czasie, pozwalając na odwiedzenie najciekawszych zakamarków w historii symfonicznego rocka. W „Cosmotrafficjam” słychać gitarowe „rzeźbienie” w stylu Alana Holdswortha z pierwszej płyty UK, w spokojnym fragmencie „Call Me Alias” ta sama gitara wprowadza nas z kolei w klimat dostojnych kompozycji spod znaku Yes, a „Lycanthroparty” to już jakby prawie „Watcher Of The Skies” z pamiętnego „Foxtrota” grupy Genesis. Takich niespodzianek jest na tej płycie znacznie więcej. Weźmy trzy następujące po „wilkołaczej” suicie kompozycje stanowiące drugą połowę tego znakomitego albumu. Zarówno „The Boy That Howls At The Moon”, „The Mask”, jak i „The Transparent And The Obscure” nie dość, że trwają ponad 10 minut każda, to idealnie wprowadzają nas one w klimaty a’la Pink Floyd, Spock’s Beard, czy Banco. Tu Lanzetti zaśpiewa coś w stylu Fisha, tam odezwie się hammondowe solo w stylu Keitha Emersona, gdzie indziej usłyszymy echa syntezatorowych szaleństw Clive’a Nolana. Włoskie zespoły mają w sobie coś, co sprawia, że z łatwością wczuwają się one w atmosferę czasów, gdy progresywny gatunek święcił swe największe triumfy. Z każdej nuty pochodzącej z  albumu „Lycanthrope” słychać, że dźwięki te płyną prosto z serca, że z muzyki grupy Mangala Vallis uderza prawdziwa pasja i radość tworzenia. To po prostu świetna płyta. Wspaniała muzyczna niespodzianka na sam początek 2006 roku.
MLWZ album na 15-lecie