Dungen - Live

Andrzej Barwicki, Dungen - Live

Dziś recenzja płyty kolejnego zespołu pochodzącego ze Szwecji. „No i cóż, że ze Szwecji?” - mógłby ktoś zapytać. Powodów można podać wiele, ale ograniczę się do dwóch: Szwecja to piękny kraj, który chciałbym kiedyś odwiedzić, a pochodzący stamtąd artyści tworzą wspaniałą muzykę. Oto kilka pierwszych z brzegu przykładów: Agnetha Fältskog, Björn Ulvaeus, Benny Andersson, Anni-Frid Lyngstad (ABBA), Roxette, Europe, Opeth, Siena Root czy Blues Pills. Zaś zespół, o którym dziś chciałbym napisać kilka słów to Dungen.

Powstał w Sztokholmie. Prowadzony jest przez Gustava Ejstesa, który pisze muzykę, teksty, śpiewa i sam gra na głównych instrumentach. W skład kwartetu wchodzą też: gitarzysta Reine Fiske (poprzednio w Landberk, Morte Macabre, Paatos, The Guild), basista Mattias Gustavsson (Life On Earth!) oraz perkusista Fredrik Björling (The Guild). Działają razem od końca lat 90. i na swym koncie mają już dziewięć albumów studyjnych. Nie do końca jestem pewien, jeśli chodzi o ich koncertowe płyty, ale wydaje mi się, że „Dungen Live” jest chyba ich pierwszym krążkiem zarejestrowanym na żywo (mam nadzieję, że mieszczę się w statystycznym błędzie). Na płycie znalazły się nagrania zarejestrowane podczas występów w listopadzie 2015 roku w Malmö i Göteborgu. Dla tych, którzy mieli okazję być na tych koncertach niniejszy album będzie wspaniałą pamiątką muzycznego obcowania na żywo z muzyką Dungen. Nie wszyscy jednak mieli przyjemność tam być i rozkoszować się tak wspaniałą muzyką i właśnie dzięki tej płycie będą mogli poczuć się jakby tam byli.

Zestaw 13 instrumentalnych kompozycji, jakich tutaj możemy posłuchać to efekt improwizowanych fragmentów zebranych w jedną „suitę”. Co może być zaskoczeniem to fakt, że nie ma tu pełnych tytułów poszczególnych nagrań poza jednym, który później wymienię. W tak wspaniałą koncertową atmosferę zaprasza nas pierwszy fragment „A1”, a po nim gitarowy, trochę ostrzejszy i rytmiczny „A2” z głośnym aplauzem publiczności. Trochę dłuższy „A3” z piękną partią saksofonu i oczywiście gitary otwiera przed słuchaczem inny muzyczny świat zespołu Dungen. To co podczas występu było niejako krótkim mało znaczącym przerywnikiem pomiędzy głównymi kompozycjami teraz stało się pełnowartościową strukturą dźwięków i melodii. Instrumentalna fachowość muzyków Dungen jest nam znana przez długie lata ich artystycznej działalności. Dlatego pewnie nie tylko ja od czasu do czasu sięgam po ich nagrania i, jak w tym przypadku, z każdym kolejnym odtworzeniem jestem zachwycony ich eksperymentalnym muzycznym podejściem do grania. Z ogromną pasją tworzą tak zapadające w ucho kompozycje, jak np. ponad siedmiominutowa „A4”, budując przy tym wspaniały nastrój i dramaturgię. Poprzez partie fletu, który towarzyszy melodii granej na gitarze, Dungen buduje swój własny świat wspaniałych dźwięków. Czasami liryczny nastrój zostaje zburzony bardziej odjazdowym nagraniem, jak „Ain’t So Hard To Do”. Utwór ten pochodzi z repertuaru nowozelandzkiego muzyka Douga Jerebine. Szkoda, że nie powiodło mu się w branży muzycznej i poświęcił swe życie hinduistycznej wierze. Ten przypomniany przez Dungen, a zapomniany dziś przez wielu, muzyk nagrał tylko jeden album zatytułowany „Is Jesse Harper”. Stało się to w 1969 roku, ale światło dzienne ujrzał on dopiero w… 2012 roku. Polecam w wolnej chwili, bo wart posłuchania.

Teraz wracamy na płytę „Dungen Live”, bo przed nami pozostałe utwory urzekające swą formą, subtelne, wyciszone, refleksyjne i niezwykle harmonijne Jak tu nie ulec fascynacji tak świetnie grającej „orkiestrze” pod batutą Gustava Ejstesa? Znakomicie zestrojeni pomiędzy sobą muzycy wzajemnie się inspirują tworząc momentami pozornie niespójne, „dziwaczne”, ale niesamowicie efektowne nagrania jak „A8” czy „A9”. Trzeba tutaj podkreślić znakomite brzmienie gitary, fortepianu i organów. Szwedzcy muzycy potrafią się rozkręcić i daleko brnąć w swej genialnej wirtuozerii. Na melodyjny, szybko wpadający w ucho kawałek „B4” też znalazło się miejsce z całkiem odmiennym zakończeniem niż to znane z wersji studyjnej. Finałowe nagranie „B6” jest dynamiczną puentą zakończoną należytym aplauzem publiczności, do której i ja dołączam swe oklaski.

Polecam to wydawnictwo, by za sprawą zespołu Dungen przenieść się w inny muzyczny świat. Ci bardzo utalentowani muzycy nie raz udowodnili, że potrafią nas zaskakiwać na swych płytach tworząc niezapomniane klimaty spod znaku klasycznego psychodelicznego rocka czy też jazz rocka. Ich koncertowa płyta pokazuje, że nadal kreatywnie rozwijają swe muzyczne pomysły, mogąc jednocześnie odbiegać od pewnych rynkowych standardów, ale wciąż zachwycać odbiorców.

Dla zainteresowanych informacyjnie podaję, że w sieci można znaleźć ponad dwugodzinny zapis audio koncertu Dungen z Gothenburga, który miał miejsce 15 listopada 2015 roku. Może okazać się on świetną muzyczną ilustracją niniejszego tekstu.

MLWZ album na 15-lecie