Leprous - Pitfalls

Tomasz Dudkowski, Leprous - Pitfalls

Norweska grupa Leprous jesienią ubiegłego roku powróciła ze swoim szóstym albumem "Pitfalls". Jest on następcą dobrze przyjętej, acz budzącej kontrowersje wśród części fanów płyty "Malina" (2017). Konsternację miłośników twórczości Norwegów budziło złagodzenie nieco brzmienia i postawienie na melodie oraz wykorzystanie w większym stopniu delikatnego sposobu śpiewania jednego z liderów grupy, Einara Solberga. Niemniej nadal poruszali się w szeroko pojętych ramach progresywnego metalu. To łagodzenie jednak nie było czymś nowym, gdyż od albumu „Coal” zespół powoli kierował się ku łagodniejszym brzmieniom, nie zapominając jednak równocześnie o swych metalowych korzeniach.

Tym razem zespół poszedł krok dalej. Pierwsze przesłuchanie i szok - gdzie ten cały metal? Gdzie zadziorne riffy? Gdzie połamane rytmy zagrane na perkusji? Gdyby nie charakterystyczny śpiew Solberga można by pomyśleć, że to inny zespół.

Czy to oznacza, że na tej płycie nie ma ognia znanego z wcześniejszych dokonań grupy? Nic bardziej mylnego. Zmieniły się jedynie środki wyrazu. Ściany dźwięku gitar zostały schowane, a na pierwszy plan wysunęły się klawisze oraz wiolonczela (na której zagrał stały współpracownik grupy, Raphael Weinroth-Browne) i skrzypce (te obsługuje Chris Baum). Dużo więcej, w porównaniu z poprzednimi płytami, jest też elektroniki i loopów, często stanowiących główny podkład pod śpiew autora całej muzyki Einara Solberga (jedynie w „Distant Bells” wspomógł go basista Simen Børven). I właśnie on jest najjaśniejszym punktem albumu – absolutnie wzniósł się na wokalne wyżyny tworząc najbardziej emocjonalne partie wokalne w karierze zespołu. To plus bardzo osobiste teksty opowiadające o walce z bólem, odrzuceniem i depresją spowodowały, że nie sposób przejść obok tego wydawnictwa obojętnie. Ważny jest fakt, że Einar pisząc je faktycznie zmagał się z depresją, przez co teksty są bardzo autentyczne. Warto zauważyć, że nawet te teksty, które napisał drugi z liderów, gitarzysta Tor Oddmund Suhrke, wpasowały się w ogólny klimat płyty.

Pierwszym zwiastunem ”Pitfalls” był otwierający go „Below”. Rozpoczyna się delikatnie

„All of my stories are below

Beneath the surface

Cannot grow

Curled and naked I defer

To shaky thoughts all in a blur

Every single fear I'm hiding

Every little childhood memory I bury

Every single fear I'm hiding

Every little childhood memory I bury”,

by w refrenie uderzyć z całą mocą, a na koniec uraczyć nas piękną partią wiolonczeli. I o ile jeszcze ten utwór można jakość wpasować do „starego” Leprous, to już następny „I Lose Hope” może być szokiem. Delikatna gitara, pulsujący bas przywołujący klimaty starego disco i bardzo piosenkowy refren, choć z mało optymistycznym tekstem:

„In my mind

What I find

As I search

Every coat

I lose hope

On my own

I atone

For the plan

I once wrote

I lose hope”.

Trzeba przyznać, że trzeba było nie lada odwagi, by zespół uznawany za metalowy pokusił się o napisanie piosenki pop. A zrobił to znakomicie!

Następny na liście jest równie spokojny i równie melodyjny, choć już nie tak bujający, „Observe The Train”. Przechodzi on w nieco bardziej dynamiczny „By My Throne”. Tu w zwrotkach mamy pulsujący podkład basowy zagrany na klawiszach, a w refrenach świetny chóralny śpiew. I tak przechodzimy do kolejnego singla promującego płytę - „Alleviate”. I kolejny raz zaczyna się niezwykle spokojnie, by w refrenie przywalić pełną mocą – połączeniem gitar i instrumentów smyczkowych oraz podniosłego śpiewu:

„All I could do in the end was wait

Laying down with my fate

All I could do in the end was wait

United with my fears I'll alleviate”.

Podobny klimat ma jeden z moich faworytów na tym albumie - „At The Bottom”. Tu wreszcie trochę bardziej może wyszaleć się perkusista grupy, Baard Kolstad. Warta odnotowania jest też wspaniała partia wiolonczeli i skrzypiec w drugiej połowie utworu.

Dużo też dzieję się w następnym nagraniu „Distant Bells” - początkowo wyciszone, w finale znowu nabiera tempa kończąc się gęstymi riffami i chóralnym śpiewem.

Jeśli ktoś tęsknił za wcześniejszym brzmieniem zespołu, to takowego doczekał się w „Foreigner”, ale i tu bliżej do albumu „Malina” niż do „Coal”:

„Became a foreigner in my

In my own head

My sword is double-edged

Might have to put away my sledge

Might have to put away…”.

„Pitfalls” kończy najbardziej niespokojny utwór „The Sky Is Red”, ponownie zbliżony do wcześniejszych dokonań grupy, zakończony pięciominutową instrumentalną kodą, w której znalazło się nawet miejsce dla belgradzkiego chóru.

W wersji specjalnej otrzymujemy jeszcze dwa utwory, które wcześniej ukazały się na singlach: utrzymany w stylu wcześniejszych płyt „Golden Prayers” oraz coveru utworu „Angel” grupy Massive Attack. Szczególnie ten drugi wart jest polecenia, bo choć niezbyt odbiega od oryginału, to jednak śpiew Solberga robi tu różnicę. Z powodzeniem mógłby znaleźć się na podstawowym albumie, gdyż idealnie wpasowuje się w jego klimat, a tak tworzy wyśmienite zakończenie specjalnej edycji płyty.

Album został nagrany w składzie: Simen Daniel Lindstad Børven (bas), Baard Kolstad (perkusja), Robin Ognedal (gitary), Tor Oddmund Suhrke (gitary), Einar Solberg (wokal, klawisze). Został on wydany w kilku formatach: „zwykłym” CD jewel case, wersji deluxe CD w digibooku oraz na winylach (w różnych wariantach kolorystycznych) z dołączonym kompaktem. Okładkę zdobi mroczny i tajemniczy obraz autorstwa Elicii Edijanto, a w książeczce możemy znaleźć też polski akcent – autorem zdjęć grupy jest Dariusz Szermanowicz. Zostały one zrobione podczas kręcenia teledysku do „Below”, który został zarejestrowany w okolicach Wrocławia.

Czytałem ostatnio wywiad z Piotrem “Mitloffem” Kozieradzkim (Riverside), w którym ciepło wypowiadał się na temat Leprous, twierdząc m.in., że “potrafią grać rzeczy nieoczywiste”. I trudno się z tym nie zgodzić. Gdyby rok temu ktoś powiedział mi, że nowy album Leprous będzie jednym z moich ulubionych wydawnictw 2019 roku to byłbym mocno zdziwiony. A jednak wpadłem w te tytułowe „pułapki” po same uszy. Na szczęście tylko w kwestii zachwytu nad albumem, gdyż jest to zdecydowanie najbardziej dojrzałe dzieło norweskiego kwintetu.

MLWZ album na 15-lecie