Khymera - Master Of Illusions

Artur Chachlowski, Khymera - Master Of Illusions

Historię grupy Khymera omawialiśmy kilka lat temu przy okazji premiery poprzedniej płyty „The Grand Design” (2015). Przypomnę, że zespół powstał blisko dwie dekady temu jako wspólne przedsięwzięcie włoskiego muzyka i producenta Daniele Liveraniego oraz ówczesnego wokalisty grupy Kansas, Steve’a Walsha. Walsh nie zagrzał długo miejsca w projekcie, za mikrofonem stanął Dennis Ward (Magnum, Pink Cream 69) i wraz z Liveranim wydał pod szyldem Khymera trzy kolejne albumy. Dziś w Khymerze nie ma już nie tylko Walsha, ale i Liveraniego. Wózek ciągnie wspomniany już Dennis Ward, który przekształcił studyjny projekt w regularny zespół i po czterech latach milczenia przypomina się właśnie nowym krążkiem zatytułowanym „Master Of Illusions”.

Nowy album podąża stylistyczną ścieżką, która rozpoczęła się, gdy Dennis dołączył do projektu. „Master of Illusions” to mocne, bardzo melodyjne wydawnictwo, które pokazuje ogromne umiejętności wokalne Dennisa i podkreśla jego wielki talent jako grającego na gitarze basowej wokalisty, autora tekstów i producenta. Warto podkreślić też więcej niż przyzwoitą klasę, jaką reprezentują towarzyszący mu instrumentaliści: Michael Klein (gitary), Eric Ragno (instrumeny klawiszowe) i Pete Newdeck (perkusja).

Khymera na albumie „Master Of Illusions” z jednej strony mocno zanurza się w falę retro, a z drugiej - oferuje jeden z najbardziej efektownych przykładów tego, na czym polega stary, dobry pompatyczny melodyjny rock: krystalicznie czystą produkcję, ciekawie prezentujący się wokal, zabójczą muzykalność i zwartą strukturę piosenek, które przypominają fanom tego gatunku czasy, gdy na listach przebojów królowały piosenki zespołów Bon Jovi, Asia, Whitesnake, Aerosmith czy Signal.

Mam jednak z tym krążkiem swoisty problem. Brzmi on bowiem… znajomo. Zbyt znajomo. Brzmi tak jak dziesiątki innych albumów całkowicie innych wykonawców. I właśnie dlatego, mimo kilku naprawdę niezłych momentów („Just Let It Happen”, „Walk Away”, „Paradise”, nagranie tytułowe), jest to największa wada tej, skądinąd, obiektywnie rzecz ujmując, całkiem niezłej płyty…

MLWZ album na 15-lecie