Ubi Maior - Bestie, Uomini e Dei

Artur Chachlowski, Ubi Maior - Bestie, Uomini e Dei
W dobie szalejącej pandemii koronawirusa i odizolowanego od świata jego europejskiego epicentrum zapewne nieprędko zdecydujemy się na podróż do stolicy Lombardii. Na szczęście nie musimy się tam przemieszczać, by posłuchać nowej płyty pochodzącej z Mediolanu grupy Ubi Maior.  Jej nowy album zatytułowany „Bestie, Uomini e Dèi” („Bestie, ludzie i bogowie”) to czwarty album wydany na przestrzeni dwóch dekad funkcjonowania zespołu.
 
Zawiera on sześć zupełnie nowych utworów i choć w przeciwieństwie do poprzedniej płyty „Incanti Bio Meccanici”, charakteryzującej się długimi i złożonymi suitami, jego następca, przynosi teraz zdecydowanie krótsze utwory (najkrótsze nagranie „Fabula Sirenis” trwa 5 minut i 22 sekundy, najdłuższe, tytułowe, niespełna 10 minut), to posiada on wszystkie najważniejsze cechy stylu, z jakim kojarzymy zespół Ubi Maior: symfonicznie brzmiące instrumenty klawiszowe, które cały czas nadają ton muzyce zespołu, raz agresywne, a raz marzycielskie gitary (gra na nich Marcella Arganese), zwarte hipnotyzujące rytmy (bardzo dobra sekcja rytmiczna Gianmaria Giardino – Alessndro Di Caprio) oraz wyrazisty wokal. Pełen emocji śpiew Mario Moi (gra on także na trąbce oraz skrzypcach!) jest ekspresyjny do tego stopnia, że w niektórych momentach staje się wręcz teatralny.
 
Ta trwająca trzy kwadranse muzyczna mikstura przygotowana przez włoski zespół zachwyca swoją dynamiką, krystalicznym brzmieniem oraz dbałością o aranżacyjne szczegóły, które utrzymują idealną równowagę pomiędzy poszczególnymi utworami. Tym razem nie mamy do czynienia ze standardowym albumem koncepcyjnym, ale w tekstach przewijają się postacie mitologiczne, krwiożercze potwory i istoty nie z tego świata. Muzyka Ubi Maior wyraźnie wpisuje się w stylistykę ‘włoskiej szkoły progresywnego rocka’, a większość kompozycji posiada liczne elementy zainspirowane twórczością grup PFM i Museo Rosenbach, zawierają one w sobie mnóstwo dźwięków Mooga i Hammonda (wyborna gra Gabriele’a Manziniego, który także od czasu sięga po flet i raczy słuchacza niezwykłej urody lirycznymi solówkami. Najlepszy przykład: środkowa część finałowej kompozycji „Bestie, Uomini e Dèi”).
 
Produkcje Ubi Maior nie należą do najłatwiejszych w odbiorze, poszczególne utwory, jak np. „Wendigo”, często wiją się zawiłymi meandrami, lecz zespół nigdy nie zapomina o dobrych liniach melodycznych, które wplata w swoje pompatyczne, naładowane bogatym instrumentarium, brzmienia. Końcowy rezultat jest nie tyle poprawny, co często wręcz czarujący. Bo jest na tym albumie kilka naprawdę chwytających za serce momentów. Radzę posłuchać utworów „Misteri di Tassaglia”, instrumentalnego, pełnego jazzrockowego szaleństwa tematu „Nessie” czy umieszczonej na końcu płyty epickiej kompozycji tytułowej. To zdecydowanie najjaśniejsze fragmenty tej ciekawej, acz nieoczywistej i nie zawsze łatwej w odbiorze, płyty.
Myślę, że album „Bestie, Uomini e Dèi” ma szansę oczarować fanów klasycznych progrockowych brzmień spod znaku włoskiej szkoły progresywnego rocka, ale i miłośnicy bardziej nowoczesnych klimatów także znajdą tu dla siebie coś ciekawego.
 
Płyta posiada niezwykle efektowną okładkę, a samo opakowanie, oprócz srebrnego krążka, zawiera 12-stronicową książeczkę z oryginalnymi włoskimi tekstami oraz ich tłumaczeniami na język angielski.
 
MLWZ album na 15-lecie