Grieco, Marco - Nothing Personal

Artur Chachlowski, Grieco, Marco - Nothing Personal

„Nothing Personal” jest drugim albumem w dorobku włoskiego multiinstrumentalisty Marco Grieco. Ten pierwszy, wydany jeszcze w 2009 roku pod pseudonimem Macromarco nosił tytuł „Il Pianeta Degli Uomini Liberi”. Nie przypuszczałem, że pisząc o nim, że:  „… jestem pod ogromnym wrażeniem talentu Marco Grieco oraz jego wspaniałej muzyki. Polecam. I z niecierpliwością czekam na następne dzieła tego artysty” przyjdzie mi czekać aż 11 długich lat na jego kolejne wydawnictwo.

Opłacało się. Tak, bo wydany przed kilkoma tygodniami krążek „Nothing Personal” to album naprawdę godny uwagi. Być może nie będzie on przełomowym wydarzeniem w historii prog rocka, bo o to w obecnych czasach niezwykle trudno, niemniej swoim nowym wydawnictwem Marco nie tylko nie zawiódł, ale w kilku momentach bardzo przyjemnie zaskoczył.

Podobnie jak na swoim debiucie gra on tutaj na wszystkich instrumentach, a także śpiewa, ale co odróżnia materiał zamieszczony na „Nothing Personal” od debiutu to fakt, że teraz wszystkie utwory śpiewane są po angielsku. No i wyszło to całkiem nieźle. Co za tym idzie wygenerowało to drugą cechę, która odróżnia nowy album od debiutu sprzed 11 lat: jego uniwersalność. Nowe kompozycje nie są już aż tak głęboko zakorzenione we włoskiej szkole progresywnego rocka, jak to było kiedyś, a wydaje się, że obecnie nawiązują raczej do tradycji europejskiego (neo)prog rocka.

Nowych kompozycji w programie płyty „Nothing Personal” jest dziewięć i układają się one w zgrabną muzyczną całość utrzymaną na wysokim poziomie wykonawczym. Wokalny sposób ekspresji Marco budzi liczne skojarzenia z Billy Sherwoodem z Yes i stylistycznie, szczególnie w departamencie harmonii wokalnych, można doszukać się sporej liczby nawiązań do muzyki tej słynnej brytyjskiej grupy. Album brzmi przekonywująco, a jego najlepsze momenty to otwierający całość utwór „Last Chance” z niesamowitym crescendo dziecięcych głosów i posmakiem muzyki lat 70., najbardziej akustyczno-balladowy w tym zestawie „Am I Sleeping?”, bardzo przekonywujący w swoim neoprogrockowym wyrazie i melancholijno-smyczkowym anturażu „Waiting For” (z wplecionym weń głosem Grety Thumberg), orkiestrowy „Heretics”, a także niezwykle efektownie zamykająca ten album finałowa piętnastominutowa wielowątkowa suita „Winter”. Składa się ona z dziewięciu części, a Marco Grieco w jej trakcie szaleje tutaj na organach, fortepianach i w ogóle na klawiaturach niczym sam wielki Rick Wakeman. Dodatkowo wprowadza tutaj element celtycki (efektowny jig w 10. minucie trwania utworu), a całość nacechowana jest prawdziwym progresywnym szaleństwem z pozamuzycznymi efektami, głosami z interkomu (m.in. radiowy spiker mówiący o pierwszym chińskim lekarzu potępionym, a następnie brutalnie ukaranym za to, że ujawnił prawdę o śmiertelnym żniwie koronawirusa) czy uspokajającym świergotem ptaków... Ta długa finałowa sekwencja z pieśnią ptaków jest jak zimowa nadzieja na powrót wiosny, pozostawiająca czas na refleksję nad niebezpieczeństwami, których być może nie do końca udało się uniknąć. Pada tu kluczowe zdanie: „Czas zmierzyć się z konsekwencjami, czas wszystko przemyśleć, zanim zima znów powróci”.

Ważną rolę pełni na tej płycie kompozycja tytułowa. Początkowy riff tego utworu wręcz krzyczy, jakby miał zapowiadać coś bardzo dramatycznego. Wywołany efekt jest hipnotyzujący, w tle słyszymy wypowiedzi nazistowskich oprawców sądzonych w Norymberdze. Ich głosy mieszają się z głównym wokalem, a ten prowadzi nerwową, rozedrganą i nieco chaotyczną linię melodyczną do punktu kulminacyjnego, w którym wreszcie pojawia się dźwiękowa melancholia. Brzmi to jakby poczucie winy chowało się za maską obronną: „Zrobiliśmy tylko to, co musieliśmy”…

Jest też w tym zestawie jedno nagranie – instrumentalny temat „Waves”, który swoimi lapidarnymi dwiema minutami przynosi niezwykle efektowny pokaz fortepianowych fajerwerków jakby żywcem wyjętych prosto z filharmonii. Jest to w pewnym sensie nawiązanie do tematu „Five On The Fire” z poprzedniej płyty Marco. Pamiętacie małoleksykonową sygnaturkę zwiastującą prezentację włoskiej muzyki w audycji MLWZ? Kto słucha, ten doskonale wie o czym mówię…

„Nothing Personal” to w sumie dość przystępny album, ale posiadający wszelkie atrybuty klasycznego progrockowego dzieła, z często zmieniającym się rytmicznym metrum, licznymi dziwnymi muzycznymi akcentami, przedłużanymi taktami, synkopowaniem… Czuć na nim ducha progresywnych lat 70. z magicznymi dźwiękami i stylistycznymi nawiązaniami do czasów, gdy na topie były produkcje spod znaku Yes, Genesis czy PFM. Podsumowując, Marco Grieco powrócił z więcej niż przyzwoitą płytą. Osobiście zapisuję ją na plus i nie dam o niej powiedzieć złego słowa.

Jeżeli chodzi o teksty, to z powyższego opisu można się domyślić, że mówią one o przemocy. Przemocy wymierzonej przeciwko marzeniom, innemu środowisku, innym ludziom... Podstawą koncepcyjną całego albumu jest idea, że ludzie chowają się za maskami, rozumianymi dosłownie, jak i w przenośni, dzięki czemu są w stanie popełnić nawet najbardziej niegodziwe rzeczy… To jawne odniesienie do współczesności, gdzie poprzez niezrozumiałe i nielogiczne działania sami sobie kreujemy dziwną, pełną absurdów, nową rzeczywistość. Na koniec jeszcze krótka autorska deklaracja. Marco tak pisze w książeczce swojej nowej płyty: „Ten album jest przeciwny wszelkim formom przemocy. Warto być hojnym. Pomagać innym. Szanować życie. Odrzucać przemoc. I rozsiewać wokół siebie miłość”. Nie ukrywam, że to pacyfistyczno-hippisowskie wyznanie włoskiego muzyka przemawia do mnie. Bo idzie w parze z charakterem jego muzyki. Jest potwierdzeniem szczerości artystycznej wypowiedzi, jaką słyszymy na jego solennym, osobistym, absolutnie zaprzeczającym własnemu tytułowi „Nothing Personal”, albumie...

MLWZ album na 15-lecie