Alligator Wine, The - Demons Of The Mind

Ryszard Mazurkiewicz, Alligator Wine, The - Demons Of The Mind

Nic nie wiedziałem o tym zespole i pewnie długo bym nie wiedział, gdyby nie mój przyjaciel, który rok temu podsunął mi płytę zespołu The Hu. Uznałem ją za debiut roku 2019. Dlaczego to piszę? Bo niniejsza płyta ma szansę stać się moim ulubionym debiutem 2020 roku.

The Alligator Wine pochodzą z Niemiec, a dokładnie ze Schwarzwaldu. Powstali w 2016 roku i, co ciekawe, podobnie jak takie grupy takie, jak The White Stripes, Royal Blood czy The Black Keys, są duetem. Ciekawym duetem, bo w instrumentarium jest tylko perkusja i organy, a to ciekawy ewenement. Organy, a właściwie inne instrumenty klawiszowe, "robią" tu za gitary.

Pierwszy utwór, „Shotgun”, to taki ostry rockowo-dyskotekowy numer ze skocznym refrenem. Chciałbym być na takich dyskotekach, gdzie grają takie właśnie utwory. Pewnie jest to raczej niemożliwe. "Dyskotekowy" rytm powróci jeszcze w trzecim utworze - „Voodoo” oraz w „Ten Milion Slaves”. Kończący się wielkim krzykiem wokal w „Crocodile Inn” przypomina mi w niektórych partiach wokalistę NMA Justina Sullivana. „Ten Million Slaves” to cover utworu amerykańskiego bluesmana Otisa Taylora. Dopiero po zakupie płyty dowiedziałem się o tym fakcie, bo wcześniej utwór ten we fragmentach kojarzył mi się z „Auslanderem” grupy Rammstein. Jest w tym utworze jakaś tajemnicza siła i moc i chętnie, mimo swojego wieku, poskakałbym i przy tym utworze. Potem słyszymy „The Flying Carousel”, gdzie zespół zabiera nas na latającą karuzelę z organami przypominającym zespoły Uriah Heep i Deep Purple. To pierwszy singiel zespołu i chyba najbardziej przebojowy i chwytliwy utwór na płycie. Czas wreszcie moje ulubione nagranie - „Lorane”. To piękna psychodeliczna ballada ze zniekształconym głosem w klimacie vintage. Nie chce się wierzyć, że nie ma tu gitary, bo organy bezbłędnie imitują łkająca gitarę. To jest to, co chciałoby się słuchać w kółko. Potem jest jeszcze ostrzejszy i bardzo rytmiczny „Dream Eyed Little Girl” utrzymany w klimacie mojego ukochanego amerykańskiego zespołu Parlor Mob z płyty „And You Were A Crow”, choć tam wokalista Mark Melicia śpiewa bardziej zadziornie. Przedostatni utwór na płycie to znów skoczny numer „Mamăe” ze wspaniałymi organami i niesamowitą perkusją.  Debiut roku kończy cudowna monumentalna ballada zatytułowana „Sweetheart On Fire”, która wygasza się spokojnie dźwiękami zatrzymującego się bicia serca.

Na pewno jeszcze nie raz wrócę do tej płyty i z niecierpliwością będę czekał na następne dokonania tego zespołu, bo myślę, że będzie warto. Mam również nadzieję, że może kiedyś zobaczę ten zacny zespół u nas w Polsce na koncercie i skonfrontuję jak wypada on na żywo.

MLWZ album na 15-lecie