Sleep Eazys, The - Easy To Buy, Hard To Sell

Andrzej Barwicki, Sleep Eazys, The - Easy To Buy, Hard To Sell

Nowy muzyczny projekt znanego bluesrockowego gitarzysty i wokalisty Joe Bonamassy nosi nazwę The Sleep Eazys. O wielu muzycznych atutach tego cenionego muzyka dowiedzieliśmy się już wielokrotnie słuchając jego solowych albumów, jak również płyt nagranych z Beth Hart, Black Country Communion i Rock Candy Funk Party. Jak się możemy przekonać słuchając najnowszej płyty „Easy To Buy, Hard To Sell”, ten geniusz gitary nie poprzestaje zadziwiać swoich fanów.

Zawartość muzyczna albumu składa się z 9 instrumentalnych kompozycji będących niejako hołdem dla tego, co stworzyli znani lub zapomniani artyści z różnych gatunków muzycznych. Inspirując się w młodym wieku ich dokonaniami Bonamassa postanowił teraz zrealizować swe muzyczne plany. Wcześniej miał już okazję współuczestniczyć w podobnym projekcie, którego był także producentem, a chodzi o płytę firmowaną przez Reese Wynans and Friends pt. „Sweet Release” z 2019 roku. Niektórzy mogą być już trochę zmęczeni licznie ukazującymi się wydawnictwami Joe Bonamassy, niemniej jednak warto zapoznać się z tą nową muzyczną propozycją. Moim zdaniem to też może być trochę edukacyjne słuchanie tych instrumentalnych nagrań i być może zainspiruje ono kogoś do zapoznania się z oryginalnymi wersjami tych kompozycji.

Już otwierający ten krążek utwór „Fun House”, którego autorem jest mało znany Danny Gatton, zbliża nas do klubowego grania pełnego swobody i pięknych, nie tylko gitarowych, zagrywek. Zabawa z muzyką, mieszanie różnych stylów: bluesa, rockabilly, jazzu i country, w przypadku „największego nieznanego gitarzysty na świecie”, jakim był Danny Gatton, jest też wielkim wyzwaniem dla grających tu instrumentalistów. Na moje ucho panowie dali radę i świetne zinterpretowali tą kompozycję. Dodam tylko, że Danny Gatton zmarł w wieku 49 lat.

Kolejna kompozycja pochodzi z lat 60., a jest zatytułowana „Move”. Jazzowe klimaty sprzed wielu lat jeszcze nie raz będą umilać nam czas przy ich poznawaniu. Fenomenalnym muzykiem poruszającym się w temacie rocka, country i jazzu był wtedy Hank Garland współpracujący z Elvisem Presleyem, The Everly Brothers czy Royem Orbisonem. I to jemu, między innymi, kłania się na swój sposób The Sleep Eazys. Azjatyckie klimaty w amerykańskim stylu rozbrzmiewają w nagraniu „Ha So” – to dobry rock'n'rollowo „folkowy” kawałek i pięknie brzmią w nim gitary. Równie ładnie i żywo rozbrzmiewa utwór „Hawaiian Eye”: wspaniałe dęciaki, gitarowy riff, a pośrodku akustyczny przerywnik. Jest moc, melodia i emocje, które na pewno towarzyszyły w latach 60. widzom oglądającym serial o takim samym tytule. Z innego filmu jest kolejny fragment zatytułowany „Bond (On Her Majesty's Secret Service)” - tutaj akurat chyba wszystko jest jasne. I parafrazując ten tytuł można powiedzieć: „W Służbie Gitarowej Miłości”, co potwierdza, nie tylko tutaj, znakomita gitarowa solówka. W tym jak i następnym utworze, „Polk Salad Annie”, słychać również przeurocze chórki. To drugie to znane nagranie sprzed ponad 50 lat niejakiego Tony Joe White’a. Tutaj harmonika ustna też się znalazła, bo jakby mogło być inaczej? Zaś „Blue Nocturne” lśni z każdą chwilą na swym soulowo-bluesowym firmamencie. To ukłon w stronę amerykańskiego muzyka sesyjnego i saksofonisty Kinga Curtisa (1934-1971). Liryczną puentą zatytułowaną „It Was A Very Good Year” kończy się ta bardzo interesująca płyta.

Tak kończy się ta krótka muzyczna podróż przybliżająca nam twórczość kilku znaczących muzycznych postaci dla Bonamassy. W tym całym przedsięwzięciu pomagali mu: Anton Fig (perkusja), Michael Rhodes (bas), Reese Wynans (klawisze), Lee Thornburg (trąbka), Paulie Cerra (saksofon), Jade MacRae i Juanita Tippins (chórki), a także goście - Jimmy Hall (harmonijka) i ceniony multiinstrumentalista John Jorgenson.

Geniusz gitary Bonamassa kłania się i dziękuje tym, którzy w młodości zaistnieli w jego muzycznej świadomości, a potem inspirowali go na drodze artystycznej kariery. Takie osobiste spojrzenie na swoją karierę i na upływający czas pozwoliło Joe Bonamassie w jego muzycznej dojrzałości zmierzyć się z klasyką. Ta płyta to muzyczne przedsięwzięcie, które odzwierciedla osobowość jego twórcy i na swój sposób przywraca czy tchnie w te kompozycje jego talent i zamiłowanie do takich właśnie dźwięków. Uważam, że warto kupić ten album i warto zaakceptować to, co nowa supergrupa dowodzona przez Bonamassę przekazuje nam na tym pierwszym i, mam nadzieję, nie jedynym swoim wydawnictwie.

MLWZ album na 15-lecie