AnVision - Love & Hate

Artur Chachlowski, AnVision - Love & Hate

„Love & Hate” jest już czwartym albumem tej pochodzącej z Tarnowa grupy. Można więc powiedzieć, że AnVision to już doświadczony reprezentant polskiej sceny progresywnego metalu. W rzeczy samej, zespół funkcjonuje od 2007 roku i pomimo kilku poważnych zawirowań w składzie jego dzisiejsze wcielenie (Marqus – śpiew, Karaluz – bas i groble, Valdi – syntezatory oraz dwóch ludzi pamiętających początki działalności AnVision: gitarzysta Grzegorz „Greg” Ziolek i perkusista Marcina „Larz” Duchnik) wydaje się najmocniejszym składem w historii tej grupy. Świadczy o tym zawartość najnowszej płyty.

Chyba nie ma sensu przypominać w tym miejscu historii oraz o losach AnVision (pisaliśmy o tym na naszych łamach przy okazji omawiania płyty „AstralPhase”), bo dzisiaj najbardziej interesuje nas to co tu i teraz. A na wydanym kilka dni temu albumie „Love & Hate” dzieje się naprawdę dużo dobrego. To nadspodziewanie dobry album. Album w pełni dojrzałego już zespołu, pewnie i konsekwentnie kroczącego własną artystyczną ścieżką. Zespół kompozycyjnie i wykonawczo wyraźnie okrzepł i na „Love & Hate” przedstawia opowieść o walce dwóch skrajnych uczuć, co ma swoje odniesienie w tytule płyty, w projekcie graficznym okładki (autor: Piotr Szafraniec), a także w śpiewanych po angielsku tekstach poszczególnych utworów, które napisał wokalista Marek „Marqus” Ostrowski. Notabene Marqus świetnie sobie radzi na tej płycie. Jego charakterystyczny, lekko zachrypnięty głos, stał się jednym z najważniejszych wyróżników brzmienia zespołu, a jego dwugłosy z growlującym basistą Karolem „Karaluzem” Wadowskim to prawdziwe mistrzostwo świata.

AnVision zaprezentował na płycie „Love & Hate” osiem premierowych utworów trwających łącznie prawie 45 minut. Wśród tych nowych kompozycji nie ma praktycznie żadnego słabego numeru. Za to pozytywnie wyróżnia się co najmniej kilka. Moje ulubione fragmenty to: tytułowy „Love And Hate”, „Homeless Heart”, „Chasing The Light”, „Reviver” (zwracam uwagę na brawurowe gitarowe solo wykonane przez gościnnie występującego tu Roberta Michowicza) oraz umieszczone na samym końcu muzyczne ukojenie w postaci zaśpiewanej przez Marqusa w duecie z Pauliną Ostrowską nokturnowej ballady „Good Night”.

Podkreślić też trzeba niewątpliwe walory bardzo udanego singla, na który wybrano dynamiczne (już dawno w naszym polskim progmetalowym światku nie było tak nośnego numeru promującego płytę) i obdarzone chwytliwym refrenem nagranie „Lovely Day To Die”. To numer w swojej ‘singlowej’ kategorii niemal bezbłędny. Przypadek zrządził, że jego tytuł okazał się dość nieszczęśliwy: premiera singla zbiegła się z początkiem rozprzestrzeniania się koronawirusa i żniwo, jakie przyniosła ta pandemia, z pewnością nie pomogło temu singlowi zaistnieć w mediach w wymiarze, na jaki niewątpliwe zasługiwał.

Na szeroką propagację zasługuje za to cały nowy album AnVision. W naszej obecnej, powoli wracającej do normalnego stanu, rzeczywistości powinien on moim zdaniem już bez żadnych przeszkód i uprzedzeń trafić do jak największego grona słuchaczy – miłośników melodyjnego prog metalu w Polsce, a także poza naszymi granicami. Bo płyta „Love & Hate” ma wystarczający potencjał, by stać się towarem eksportowym polskiego progresywnego metalu. I to z dużym znakiem jakości!

MLWZ album na 15-lecie