Pixie Ninja - Colours Out Of Space

Artur Chachlowski, Pixie Ninja - Colours Out Of Space

Zespół Pixie Ninja po wydanej przed trzema laty płycie „Ultrasound” powraca nowym albumem zatytułowanym „Colours Out Of Space”. Podobnie jak w przypadku debiutanckiego albumu, „Colours Out Of Space” wypełnia całkowicie instrumentalna muzyka, lecz zawiera ona trochę partii wokalnych w finale rozpoczynającego płytę tytułowego utworu. Nie są to jednak linie wokalne sensu stricte, lecz wokalizy w wykonaniu żeńskich głosów należących m.in. do Tiger Olsson (to córka Mattiasa Olssona, członka Pixie Ninja, choć bardziej znanego m.in. z projektów Änglagård, White Willow, Kaukasus czy Molesome).

Choć w żadnym z pięciu utworów wypełniających program albumu nie ma śpiewanych tekstów, to muzyka wypełniająca „Colours Out Of Space” pozostaje pod silnym wpływem opowiadań ojca horroru, Howarda Phillipsa Lovecrafta. Słychać to wyraźnie. Bo produkcje Pixie Ninja posiadają wymiar, który bardzo przemawia do wyobraźni. Brzmią trochę jakby pochodziły z mrocznego soundtracku jakiegoś przerażającego filmu grozy, albo też z ociekającego krwawymi scenami snu psychopaty. To, co słyszymy na tym albumie jest zestawem nastrojowej elektroniki i rocka progresywnego, który łączy w sobie niebywałe emocje, dreszcz strachu i skowyt wołania o pomoc. To niezwykle wyraziste, pełne energii granie, mocno zanurzone w niesamowitych brzmieniach bogatej palety instrumentów.

Wszyscy czterej muzycy wchodzący w skład zespołu obsługują instrumenty klawiszowe, a dwóch z nich (Jostein Haugen i Mattias Olsson) także gitary. Mattias Olsson gra dodatkowo na perkusji. Dzięki niezwykłej brzmieniowej syntezie starych rockowych instrumentów ze złotej progresywnej epoki (orchestron, maestrovox, fortepian Fendera i melotrony) z nowoczesnymi syntezatorami muzyka na płycie „Colours Out Of Space” zabiera słuchacza w kosmiczną podróż utrzymaną w mrocznej atmosferze, łączącej progresywne klimaty z atmosferycznymi pejzażami dźwiękowymi, które łączą w sobie majestatyczne sekcje z eksperymentalnym chaosem. Do tego trzeba jeszcze dodać obecne tu i tam dźwięki wiolonczel oraz rożków angielskich – wszystko to daje obraz tego, czego na tej płycie możemy się spodziewać. Całą prawdę mówi jednak dopiero wykaz instrumentów, jakimi posługują się muzycy tworzący ten norwesko-szwedzki zespół. Proszę uważnie przestudiować, zamknąć oczy i wyobrazić sobie jak może brzmieć ta czteroosobowa orkiestra grająca mrożącą krew w żyłach muzykę, skoro używa takiego oto instrumentarium:

  • Marius Leirånes: Godin Shifter 4 Bass, Korg MS-10, Korg M50 Workstation, Korg Krome 61, Volca Keys, Korg Monotribe. 
  • Jostein Haugen: Fender Stratocaster, Korg M50 Workstation, Korg Krome 61, Korg microKORG,
  • Mattias Olsson: Ondes Martenot, Maestrovox, Clavioline, Persephone, additional Electric Guitars, Mandocello, Drums, Percussion, Glockenspiel, Moog 15 modular, Mellotron 400, Vako Orchestron, Minimoog, Speak & spell, Roland SH-2000, Casio SK-5, Boss DR-220, Pocket Operators, Korg MS-10, Roland TR-707, Synare sensor. 
  • Fredrik Klingwall: Grand Piano, Mellotron 400, Vako Orchestron, Fender Rhodes, Hammond L100, Celeste, Yamaha DX7, Yamaha DX100, Sequential Circuits Pro-1.
MLWZ album na 15-lecie