Lesoir - Mosaic

Artur Chachlowski, Lesoir - Mosaic

Holenderski zespół Lesoir funkcjonuje już od ponad dekady. Swoją działalność rozpoczął jako duet muzyczny, w skład którego wchodził gitarzysta Ingo Dassen oraz wokalistka, pianistka i flecistka Maartje Meessen. Zadebiutowali w 2011 roku, lecz w miarę upływu czasu, z płyty na płytę, Lesoir rozrastał się do pełnego składu z perkusistą Bobem Van Heumenem, basistą Ingo Jettenem i pianistką Eleen Bartholomeus na pokładzie.

Półtora roku temu na naszych łamach omawialiśmy poprzednią płytę tego zespołu – „Latitude”. Teraz od zespołu otrzymujemy nowy, piąty już w jego dorobku album zatytułowany „Mosaic”. Nastąpiła na nim jedna istotna zmiana personalna: Ingo Jetten został zastąpiony przez Rubena Heijnsbroeka.

Zespół wyraźnie okrzepł, dojrzał i wkroczył prężnym krokiem na scenę ambitnego prog rocka. Myślę, że przysłużyło się temu niedawne pięciotygodniowe doświadczenie w postaci koncertowego supportu naszego Riverside. Z pewnością miało to wpływ na dojrzałość kompozycyjną oraz jakość nowych kompozycji, które wypełniają płytę „Mosaic”. Jest ich dziewięć i kilka z nich to naprawdę solidne i rzetelnie brzmiące artrockowe utwory. Weźmy zagrane z przytupem nagranie tytułowe - mamy w nim do czynienia z muzyką o wysokim standardzie, subtelnymi gitarami i świetnym połączeniem śpiewających głosów, potęgującą się dynamiką, mocą i energią oraz doskonałą produkcją. Jeżeli ktoś woli bardziej melancholijne nagrania, to proszę bardzo: oznaczony indeksem 2 utwór „Is This It?” oraz umieszczony gdzieś w połowie programu albumu utwór „Measure Of Things”. Oba mogą się podobać, oba wyróżniają się na tle innych, oba dla wielu słuchaczy mogą okazać ulubionymi na tym krążku.

Osobiście sklasyfikowałbym produkcje Lesoir jako chwytliwy pop/rock czy też mainstreamowy prog, ale jest też na tej płycie kilka niespodzianek świadczących o tym, jak trudno jest jednoznacznie opisać styl tego zespołu. Bo weźmy taki utwór jak „Dystopia” z wypowiadanymi słowami George’a Orwella. Ma on niemal postrockowy klimat. Albo zaskakujący króciutki instrumentalny fragment „MXI”, który stanowi muzyczne dopełnienie jednej z lepszych kompozycji na płycie – wypełnionej jakby bałkańskim klimatem „It’s Never Quiet”. Albo finałowy i jedyny w tym zestawie, wobec którego mogę użyć słowa ‘epicki” - „Two Faces”, który umiejętnie łączy mocarne sekwencje instrumentalne z bogatym pejzażem dźwiękowym i delikatnymi partiami wokalnymi. Nie muszę dodawać, że to mój ulubiony fragment tego albumu. Zespół nie boi się zrywać z konwencjonalnymi strukturami swoich kompozycji na rzecz czegoś bardziej zdecydowanego, niejednoznacznego, a zarazem bardziej ambitnego. W ogóle wydaje mi się, że siłą tego albumu jest umiejętne połączenie emocji i melancholii z mocnymi partiami gitar. No i ciekawymi wokalami. Duże brawa dla Maartje Meessen. Wyrosła nam godna następczyni Anneke van Giersbergen.

„Mosaic” to interesująca płyta. Ma wszystko, co może podobać się progrockowej publiczności: dobre kompozycje, kompetentną grę instrumentalistów, ciekawe wokale oraz liczne interakcje pomiędzy śpiewem, a solowymi (głównie gitarowmi) popisami muzyków. Podkreślić trzeba też jakość dźwięku. Na „Mosaic” wszystko funkcjonuje bez zarzutu, dzięki świetnej pracy producentów Johna Cornfielda, który współpracował m.in. z Muse i Robertem Plantem oraz Paula Reeve’a, producenta wokalnego Matta Bellamy'ego. Dobra robota. Pod każdym względem.

MLWZ album na 15-lecie