RanestRane - The Wall

Tomasz Dudkowski, RanestRane - The Wall

Na początku roku włoska formacja RanestRane zapowiedziała trasę koncertową, na której miała prezentować swoje kolejne cineconcerto. Tym razem miała wykonywać na żywo muzykę do wyświetlanego na ekranie filmu Alana Parkera „The Wall”. Miała z nią zawitać także do Polski, ale z wiadomych przyczyn do tych wydarzeń nie doszło. Na pocieszenie grupa pod koniec czerwca wydała materiał zawierający ich wersję ścieżki dźwiękowej do tego obrazu.

Tworząc podkład do filmów „Nosferatu wampir” („Nosferato Il Vampiro”, 2009), „Lśnienie” („Shining”, 2011) i „2001 Odyseja Kosmiczna” („Part One Monolith”, 2013, „Part Two H.A.L.”, 2015, „Starchild Final Part”, 2018) zespół zyskał uznanie w świecie muzyki progrockowej. Poniekąd przyczynił się do tego gościnny udział w „kosmicznej trylogii” dwóch członków Marillion o imieniu Steve – Hogartha i Rothery’ego, ale przede wszystkim niesamowity warsztat muzyków w połączeniu ze znakomitymi kompozycjami sprawiły, że o RanestRane zrobiło się bardziej głośno.

O ile do wspomnianych dzieł Herzoga czy Kubricka grupa skomponowała muzykę i napisała teksty od zera, to przy tym projekcie zaproponowała własną interpretację muzyki nagranej wcześniej przez Pink Floyd. Pociągnęło to za sobą jeszcze jedną zmianę – tym razem po raz pierwszy na płytach „Dziwnych Żab” (wł. Rane Strane) utwory śpiewane są po angielsku.

Rzymski kwartet (Daniele Pomo – perkusja i śpiew, Riccardo Romano – instrumenty klawiszowe i śpiew, Massimo Pomo – gitary i chórki, Maurizio Mao – bas i chórki) podjął się nie lada wyzwania mierząc się z opus magnum Pink Floyd (a właściwie jej głównego w tym czasie twórcy). W większości trzyma się wiernie pierwowzoru, szczególnie w partiach solowych gitary - M. Pomo gra tak, że ma się wrażenie, że Włosi zaprosili do nagrania samego Gilmoura. W sposób słyszalny dodali jednak do znanego materiału „żabi” pierwiastek. Po pierwsze tym razem przez całą projekcję obrazu do naszych uszu dociera muzyka (w oryginale są fragmenty jej pozbawione). Zespół zapełnił je albo nieco wydłużając utwory („The Thin Ice”, „One Of My Turns”), albo dodając dwie autorskie instrumentalne wstawki („Train Of Masks” w scenie z podkładaniem naboi na torach i „Razorblades” stanowiącej tło dla obrazu Pinka golącego swoje ciało). Do śpiewanego oryginalnie a capella „Stop” (z fragmentem „Your Possible Pasts”) nagrał stonowany podkład. I wreszcie „wcisnął” pomiędzy „Nobody Home” a „Vera” trwający 2:22 fragment jednej z najpiękniejszych pieśni Pink Floyd nie tylko z tej płyty, ale i w całej dyskografii – „Hey You”. Jej brak w pierwszej wersji filmu był dużym rozczarowaniem. Najbardziej znany cytat pochodzący z niej ‘ „Together we stand, divided we fall” został umieszczony na zdjęciu zespołu dołączonym do płyt. Włosi zrezygnowali za to z kończącego film i płytę „Outside The Wall” wydłużając nieco „The Trial”, który został wzbogacony o partię bębnów oraz solo na gitarze, a całość nabrała jeszcze bardziej groteskowego charakteru. Perkusja została dodana również do obu części utworu „When Tigers Broke Free”, a „Goodbye Cruel World” zyskał delikatne elektroniczne tło. „In The Flesh?” i „In The Flesh” zostały zaśpiewane tak by idealnie zgrać się z ruchem warg Boba Geldofa wykonującego w filmie oba utwory. W „Mother” na pierwsze tło wysuwają się klawisze spychając gitarę akustyczną w tło, a duet wokalny Romano (partia Watersa) – D. Pomo (Gilmoura) brzmi tu naprawdę wyśmienicie. Szczególnie ten pierwszy wykonuje tu wspaniałą robotę. Ta wersja jest naprawdę wyborna! Tych niuansów i dodatkowych smaczków można znaleźć oczywiście więcej, ale ich odkrywanie pozostawię już chętnym do zapoznania się z albumem. A zapewniam, że warto. Szczególnie polecam słuchać oglądając równocześnie film. Dla zamawiających płytę w przedsprzedaży zespół przygotował niespodziankę w postaci pliku z muzyką zsynchronizowaną z obrazem. Ta wersja pozwala w pełni docenić pracę Włochów, jednak i obcowanie z samą ścieżką dźwiękową również przynosi dużo przyjemności.

Płyty wydane są dość skromnie w digipacku bez książeczki z okładką, na której widzimy maskę gazową na tle ceglanej ściany, a informacje o muzykach, nagraniach itp. zamieszczono pod przezroczystymi trayami.

Wydany w 1979 roku album z murem na okładce jest doskonale znany i wielokrotnie coverowany, ale soundtrack do mającego premierę 3 lata później filmu już tyle szczęścia nie miał. Mimo informacji pojawiającej się na napisach końcowych nigdy się nie ukazał. RanestRane wypełnili zatem tę lukę i choć to na pewno nie jest to samo, to jednak warto poświęcić te 92 minuty na zapoznanie się z włoską interpretacją „Muru”.

Mam nadzieję, że gdy ograniczenia związane z pandemią zostaną zniesione sympatyczny kwartet zawita do nas by przedstawić swoje cineconcerto. Z tym, że być może będą wtedy wykonywali muzykę do filmu „Czas Apokalipsy” F.F. Copolli, nad którą właśnie pracują. Niezależnie od repertuaru z radością na taki występ się wybiorę.

MLWZ album na 15-lecie