NDV - Invisible

Przemysław Stochmal, NDV - Invisible

Nick D’Virgilio to jedna z bardziej zapracowanych person współczesnego rocka progresywnego. Perkusista, wokalista i multiinstrumentalista, wciąż grający pod banderą brytyjskiego, niebywale aktywnego i płodnego zespołu Big Big Train, powołał do życia rockowe trio The Fringe i akustyczny projekt UniKuE, przed dwoma laty powrócił do nagrywania ze Spock’s Beard, regularnie pojawia się na albumach takich artystów, jak Steve Hackett, Neal Morse czy Dave Kerzner. Aktualnie jest ponadto jedną z twarzy i etatowym sesyjnym muzykiem studia nagraniowego Sweetwater Studios w Fort Wayne w stanie Indiana. I właśnie tam powstała większość jego najnowszej solowej płyty, ukazującej się dziewiętnaście lat po swojej długogrającej poprzedniczce.

Kanwę albumu „Invisible” stanowi literacki koncept w mgnieniu oka sugerujący skojarzenia z historiami budującymi „albumy drogi” Neala Morse’a; opowieściami o bohaterach poszukujących tożsamości. O ile jednak pod względem słów płytę NDV raczej trudno nazwać okazałym studium, jakkolwiek ważnych osobiście bądź uniwersalnie prawd nie próbowałyby one dotknąć, o tyle w przypadku samej muzyki rozmachem perkusista niewiele ustępuje przyjacielowi ze Spock’s Beard.

Co przy tym mogło być do przewidzenia, w kwestii budowania concept-albumu D’Virgilio garściami czerpie ze wspólnych doświadczeń z Morse’m, o czym można się przekonać już w trakcie trwania pierwszych dziesięciu minut płyty. Album rozpoczyna się sekwencją: kameralny orkiestrowy prolog/balladowe wprowadzenie do opowiadanej historii/zadziorny opener „na rozruszanie”. Sposób konstruowania albumu jako jednego tworu i dbałość o akcentowanie etapów biegu opowieści brzmi znajomo, jednak ciągłe odnoszenie muzyki z „Invisible” do koncepcyjnych propozycji kolegi z pewnością byłoby krzywdzące. Muzyka, którą prezentuje NDV jest nie mniej kunsztowna, jednak przy całej złożoności konceptu jawi się jako materiał znacznie bardziej uniwersalny aniżeli epickie dokonania Neala Morse’a (który przecież w swoim przepisie na progrock potrafi być mocno eklektyczny), co podkreśla zresztą fakt, że piosenki potraktowane są tu autonomicznie, progresywne wiązanie tematów w jedną całość nie ma tu zastosowania. Uniwersalność muzyki z „Invisible” opiera się na stylistycznej różnorodności, ale różnorodności niewydumanej i konsekwentnej, innymi słowy - D’Virgilio świetnie wie, w którym miejscu pograć funky, kiedy przypomnieć o swoich progrockowych fascynacjach, gdzie podkręcić gitary i gdzie wstawić partie orkiestrowe (a już na pewno wie, gdzie je nagrać – „smyki” i „dęciaki” to jedyne partie na płycie zarejestrowane w… Abbey Road).

Szukanie sensu życia według Nicka D’Virgilio tym jest przyjemniejsze, że udanych melodii znajdziemy na „Invisible” bez liku, co w przypadku tego artysty i przy wspomnieniu albumów Spock’s Beard nagranych z nim w roli wokalisty i głównego komponującego nie może dziwić. Co warte wspomnienia, odbiór płyty dodatkowo uprzyjemniają dźwięki generowane przez postacie znane i lubiane, by wspomnieć choćby Tony’ego Levina, Jonasa Reingolda czy Jordana Rudessa. „Invisible” to z wielu powodów całkiem udana propozycja; nawet jeśli tylko miałaby rządzić bieżącymi wakacjami, ma predyspozycje, by czynić to niepodzielnie.

MLWZ album na 15-lecie