D Project

Eden House, The - Songs For The Broken Ones

Paweł Pobożniak, Eden House, The - Songs For The Broken Ones

Internet jest świetnym miejscem do promocji. Młodzi opanowali takie serwisy jak bandcamp, Soundcloud, last.fm, gdzie można łatwo sprzedać swoje pomysły. Rezultaty są jednak różne. Słuchacza zalewają gigabajty muzyki otagowane jako prog/metal/pop/electronic/jazz. Do tego wyodrębniane są coraz to nowe fuzje gatunków i stylistyk, które niestety nie są w stanie czasem podnieść wartości sztuki nowych projektów. Wyrażając to krótko: Internet jest zatłoczony od dźwięków i dziwacznych nazw zespołów czy tworów gatunkowych. Szczęśliwie jednak z chmur internetowych korzystają legendarne zespoły lub uznani soliści, dzięki czemu ich nowa twórczość jest ogólnie dostępna. Tak jest w przypadku brytyjskiej formacji The Eden House, która co jakiś czas powraca z nowym albumem. Płyta "Songs For The Broken Ones" ukazała się w 2017 roku i przeszła jakoś tak bez większego odezwu w kręgach muzyki alternatywno-gotyckiej. Moim zdaniem powinna być trochę większym wydarzeniem w świecie muzycznym, bo stara gwardia znowu pokazuje swoją klasę.

Osoby zainteresowane sceną rocka gotyckiego wiedzą, że The Eden House to supergrupa, której trzon stanowią trzej świetni brytyjscy muzycy: gitarzysta Stephen Carey, basista Tony Pettitt oraz perkusista Simon Rippin. Na każdym nowym albumie wspomagają ich rozmaici, mniej lub bardziej znani goście. Nie inaczej jest na tej, wydanej w 2017 roku, płycie. Pojawiają się tutaj takie nazwiska jak Simon Hinkler z The Mission, Lee Douglas z Anathemy, Bob Loveday oraz przede wszystkim utalentowane wokalistki: Monica Richards, Louise Crane oraz Meghan-Noel Pettitt. Taki zestaw muzyków może gwarantować tylko jedno: przeżycia najwyższych lotów. Zaczynamy jednak od....

....wpadki? Pierwszy utwór na albumie to "Verdades". Nawet jak na muzykę alternatywną jest trochę zbyt dziwaczny. Gotyckie flamenco? Gratuluję muzykom odwagi. Być może to śpiewająca tutaj Monica Richards podrzuciła pomysł na tę piosenkę. Dla mnie jednak nie za bardzo to wyszło. Porażka, zawsze pomijam. Właściwa "jazda" zaczyna się od drugiego utworu: "One Heart" to świetny, szybki numer stylizowany na starą szkołę gitarowego gotyku: czyli jak najmniej syntezatorów, albo lepiej w ogóle. Od tego momentu obcujemy już tylko z magią stworzoną przez zespół. Każdy utwór ma w sobie coś, co już kiedyś słyszeliśmy, ale to nie jest negatywną cechą. To chyba taki swoisty ukłon w stronę klasycznej strony rocka gotyckiego, psychodelik, a nawet rocka progresywnego. Bardzo duży eklektyzm brzmieniowy. Mamy tutaj mocno Cure'owy, przestrzenny "The Ghost of You", utrzymany w melodyjnym stylu The Mission "Ours Again" czy najlepszy według mnie, transowy „12th Night" opowiadający o seansie spirytystycznym. Utwór "12th Night" jest bardzo sugestywny - najlepsze wrażenia gwarantowane po zmroku. Taki "Kiss Kiss Bang Bang" spokojne mógłby znaleźć się na ścieżce dźwiękowej do serialu "Miasteczko Twin Peaks". Nad każdym utworem z tego albumu unosi się klimat nagrań Fields of The Nephilim ze względu na charakterystyczną, rozedrganą gitarę basową Tony’ego Pettitta. Świetnym pomysłem było zaangażowanie do śpiewu Monicę Richards, która to zawładnęła albumem wykonując najwięcej piosenek. Swoboda i pewność siebie, z jaką śpiewa ta pani, oraz to ile serca w to wkłada jest zdumiewająca. Znana jest jednak z zaangażowania w każdym projekcie w którym się udziela (np. Faith and The Muse). Na koniec zespół przygotował prawdziwe cudeńko: utworu "The Ardent Tide” nie powstydziłby się pewnie zespół Massive Attack, ale to co dzieje się w końcówce tego utworu... Myślę, że końcówki nie powstydziłby się nawet sam David Gilmour. Nie, nie przesadzam.

...Zresztą czas abyście posłuchali tego sami. Zespół wspaniałomyślnie udostępnił cały album w serwisie Bandcamp. https://theedenhouse.bandcamp.com/album/songs-for-the-broken-ones Tym, co jeszcze nie słyszeli, gorąco polecam. Naprawdę warto.

MLWZ album na 15-lecie