Osbourne, Ozzy - Ordinary Man

Tomasz Kudelski, Osbourne, Ozzy - Ordinary Man

Pisząc o płytach artystów pokroju Ozzy’ego Osbourne’a ocena ich współczesnej twórczości jest często konsekwencją przyjętego kontekstu oraz własnych doświadczeń i punktu odniesienia. Ciężko bowiem sensownie porównywać dokonania naznaczonego chorobami 70-latka do jego aktywności sprzed 40 czy 50 lat, płyt nagranych w zupełnie innej technologii, innym kontekście kulturowym czy społecznym, nie mówiąc o zupełnie innym składzie osobowym. Jednocześnie ciężko znaleźć inny punkt odniesienia i takie i porównania stają się nieuniknione.

Rock jako gatunek muzyczny, u źródeł będący emanacją młodzieżowego sprzeciwu i buntu z upływem czasu ewaluował i stał się domeną leciwych panów grających dla publiczności w podobnym wieku. Jednak w przypadku nowej płyty Osbourne’a „Ordinary Man” mamy do czynienia z udanym eksperymentem połączenia sił rockowego emeryta ze stosunkowo młodym gitarzystą i producentem Andrew Wattem (rocznik 1990).

Geneza ich współpracy sięga duetu Ozzy’ego z raperem Post Malone. „Take What You Want” wyprodukowany przez Andrew Watta okazał się pierwszym od ponad 30 lat utworem z udziałem Ozzy’ego, który zapukał do pierwszej dziesiątki zestawienia Billboard, stając się jednocześnie impulsem do nagrania całej płyty. Watt ma za sobą jednak również poważny rockowy epizod w efemerycznej supergrupie California Breed u boku Glena Hughesa i Jasona Bonhama, z którą nagrał w 2014 roku bardzo dobry według mnie album (podobno Watt trafił do tej grupy z polecenia syna Johna Lennona).

Tak więc wbrew pozorom nie był to wybór człowieka z zupełnie innej muzycznej bajki. A wśród fanów Ozzy’ego zapanowała konsternacja, że obecni współpracownicy, w szczególności powracający do składu długoletni gitarzysta Zakk Wylde, zostali zupełnie pominięci przy pracy nad nowym albumem. Dzięki niewątpliwemu talentowi marketingowemu i organizacyjnemu swojej żony i menedżerki Sharon, Ozzy cieszy się kultowym statutem zwariowanego celebryty, uroczo pierdolniętego sędziwego świra. Na cud zakrawa, że wciąż żyje, a tym większy, że wciąż wydobywa z siebie układające się w melodie dźwięki. W praktyce jest on marką samą w sobie i swoim żywym hologramem.

Oceniając działalność artystyczną „Księcia Ciemności” trudno pominąć fakt, że jest on bardziej charyzmatycznym wokalistą obdarzonym natychmiast rozpoznawalną barwą głosu niż kompozytorem i autorem tekstów. Andrew Watt został zatem głównym kompozytorem, gitarzystą oraz producentem albumu. Dzierżąc przy tym samym zarówno dużą władzę, ale i odpowiedzialność. Do współpracy zaprosił sprawdzoną sekcję rytmiczną w osobach Chada Smitha oraz Duffa McKagana.

Pojawiają się zarzuty, że „Ordinary Man” jest płytą zrobioną na zamówienie dla Ozzy’ego i stoją za tym pieniądze i marketing Sharon Osbourne. Ale czy jest to naprawdę problem? Tak naprawdę przez całą jego karierę, to głównie inni pisali dla niego i wcześniej nikomu to jakoś praktycznie nie przeszkadzało.

Osobiście uważam, że ostatnim naprawdę interesującym albumem Osbourne’a była płyta „Ozzmosis” z 1995 roku. Potem nastąpił okres posuchy, którą przerywa dopiero najnowszy album „Ordinary Man”, który podoba mi się bardziej niż sądziłem, że jeszcze kiedykolwiek będzie mi się podobał album tego artysty. Szczególnie po blamażu jakim w moim odczuciu była ostatnia płyta Black Sabbath.

Tym razem próba odświeżenia stylistyki zaproponowana przez nowego gitarzystę i kompozytora przyniosła pozytywny efekt oraz udane kompozycje. Jednak kluczowe znaczenie dla powodzenia albumu ma inny niż dotychczas, ale charakterystyczny styl gry gitarzysty. Zespół Ozzy’ego był dotychczas wylęgarnią metalowych wymiataczy, którymi masowa fascynacja przypadała na lata 80, a których dominację rozsadziła era grunge, po której nic już nie było takie samo.

Andrew Watt jako gitarzysta w umiejętny sposób łączy obecnie popularny ‘brud’ i ‘jazgot’ z prostszym i bardziej melodyjnym podejściem do solowych partii gitarowych, bez epatowania zarówno szybkością, jak i wybitną techniką gry. Jednak jest to stylistyka mocno osadzona w realiach lat 70. Solówki są krótkie, zwięzłe i dobrze osadzone w kontekście utworów. Gitarowe riffy nie są może wiekopomne, ale więcej niż solidne, dobrze siedzą w konwencji płyty, co jak na dzisiejsze standardy to i tak dużo. Niezawodna sekcja rytmiczna też jest bliższa hardrockowej niż metalowej estetyce, a zarówno pałker Red Hotów, jak i basista Gunsów doskonale znają się na swojej robocie i dokładnie wiedzą kiedy i jak należy przyłoić, a kiedy odpuścić. Całość jest dobrze energetycznie zagrana i zaaranżowana, ozdobniki w postaci chórków czy instrumentów klawiszowych stosowane z umiarem, ale i ze smakiem oraz dobrym nawiązaniem do brzmień, które Don Airey wyczarowywał na pierwszych solowych płytach Ozzy’ego.

Osbourne, jakkolwiek by sobie z niego nie dworować, wciąż jest jednym z najbardziej rozpoznawalnych głosów i nawet jeżeli jest przygłuchy, a na koncertach fałszuje niemiłosiernie, to przy odpowiedniej liczbie pogłosów modulacji i innych zabiegów studyjnych jest wciąż niepodrabialny i wcale nie brzmi na tej płycie jak starzec wyciągnięty z domu wariatów.

Kompozycyjnie i brzmieniowo nowa płyta nawiązuje silniej do stylistyki macierzystej formacji Black Sabbath, niż większości solowych dokonań Ozzy’ego. Choć w tym przypadku nie jest to swoisty autoplagiat, którym w mojej ocenie okazała się płyta „13”. Mamy zatem charakterystyczne ‘all right now’ w otwierającym płytę „Straight To Hell”, nawiązujące do utworu „Sweet Leaf” z płyty „Master of Reality”. Inspirację Iron Man słychać w utworze „Goodbye”. Basowy riff w „Eat Me” ma również sabbathowe konotacje. Ale jest to raczej takie puszczanie oka do spostrzegawczych fanów niż natrętne kopiowanie.

W przypadku „Ordinary Man” inspiracje stylistyką Black Sabbath sięgają jednak również późniejszego okresu np. znienawidzonego przez wielu albumu „Technical Ecstasy”, który całkiem niedawno okryłem jako zawierający spory kawał dobrej muzyki, której jako nastolatek najwyraźniej nie rozumiałem. Na „Odinary Man” duży nacisk położony został bowiem na łagodniejsze i bardziej refleksyjne nastroje, które przenikają cały album.

Tytułowa kompozycja „Ordinary Man” jest apoteozą przesłodzonego beatlesowskiego hitu. Taka musicalowa, romantyczna pościelówa podbita smykami oraz zamaszystym solem Slasha w stylu „November Rain”. Stoję na szczycie góry, wiatr rozwiewa mi włosy, a wszyscy płaczą ze wzruszenia... Nieprzypadkowy udział Eltona Johna, wskazuje, że całość jest jakby bliższa jego stylistyce.

Mniej patetycznie brzmi „Holy For Tonight” wzbogacone żeńskimi chórkami. Jednak najlepiej wypadają kompozycje, w których fragmenty refleksyjne łączą się z odpowiednią dawką rockowego przyłojenia. Tak jest w „All My Life”, singlowym „Under the Graveyard”, „Scary Little Green Men” czy „Today Is The End”, w których łagodniejsze zwrotki przeplatają się z mocniejszym uderzeniem w refrenie, często o prawie punkowej intensywności.

W konsekwencji cały album cechuje nadprzeciętny poziom melodyjności, prosty jak to Ozzie, ale nie prostacki. Gdzieś tam nawet zahaczają o stylistykę płyt artysty z połowy lat 80. („Bark at the Moon” czy „Ultimate Sin”). Całość podlana jest mocno refleksyjnymi autoironicznymi tekstami, choć umówmy się: Ozzy nie został nagle poetą, ale elementy przemijania śmierci i końca świata zawsze obecne w jego tekstach nigdy nie brzmiały tak wiarygodnie w jego ustach jak obecnie, zarówno z przyczyn wieku artysty, jak i ogólnej sytuacji w której wszyscy teraz żyjemy.

The sun is black the sky is red,

And it feels like today is the end

The kids are running s fast as they can

Could it be that today is the end

Zaletą albumu „Ordinary Man” jest to, że nie ma na niej utworów ewidentnie słabych. Choć koncepcyjnie całość psuje końcówka, a mianowicie połączenie szybkiego punkowego i przesterowanego „It’s a Raid” z kończącym płytę duetem z Post Malone w „Take What You Want”. Zabieg to o tyle kontrowersyjny, że oba utwory nie mieszczą się do końca w stylistyce i brzmieniu płyty, jak również zupełnie nie pasują do siebie, ani do reszty nagrań z tego albumu.

Oczywiście jeżeli ktoś oczekuje, że znajdzie na tej płycie utwory, które wejdą do kanonu na miarę „Mr. Crowley” czy nawet „Perry Mason”, to pewnie się zawiedzie, choć kilka kompozycji jest tego kanonu naprawdę blisko. Nie można też zapomnieć o zaproszonych gościach: Elton John, Slash, Tom Morello, Post Malone. Szczerze, ta płyta artystycznie poradziłaby sobie bez nich równie dobrze, ale na pewno efekt i przekaz marketingowy jest silny, a ostatecznie płyty, jako całości, ich udział wcale nie psuje. Koniec końców, Ozzy nagrał ponadprzeciętnie dobry album, który umiejętnie promowany święci też sukcesy na listach sprzedaży.

A Andrew Watt podobno dostał już zlecenie na kolejny album. Tak więc, trzymajmy kciuki za zdrowie „Księcia Ciemności”…

MLWZ album na 15-lecie