Laughing Stock - The Island

Artur Chachlowski, Laughing Stock - The Island

Niespełna rok temu przedstawialiśmy na naszych małoleksykonowych łamach album Sunrise” norweskiej grupy o przewrotnej nazwie Laughing Stock (‘Pośmiewisko’). Z naszej recenzji można było dowiedzieć się, że był to już drugi album w dorobku zespołu, wydany rok po krążku zatytułowanym „The Island”.

Sukces albumu „Sunrise” spowodował, że pod koniec lipca br. wytwórni płytowa Apollon Records wypuściła na rynek wznowienie debiutanckiej płyty. Ale jest to wznowienie zawierające całkowicie przepracowany i w przypadku niektórych utworów nagrany na nowo materiał. Dodatkowo delikatnie przemeblowano tracklistę, a całość opatrzono nową okładką. Album „The Island” został nagrany w składzie: Håvard Enge - wokal, klawisze i flet, Jan Mikael Sørensen śpiewa, gra na gitarze, basie, perkusji i instrumentach klawiszowych, a Jan Erik Kirkevold Nilsen także śpiewa oraz gra na gitarach.

Jak na debiut to album zadziwiająco dojrzały. Ale trzeba pamiętać, że tworzący go muzycy, to nie tacy znowu debiutanci – w różnych konfiguracjach personalnych i w różnych zespołach grają już od ponad 30 lat. Sądząc po muzycznej zawartości omawianej dziś płyty trio Laughing Stock to najwyraźniej grupa muzycznych marzycieli mających swą jasną wizję artystyczną. A stylistyka, w której realizują swoje pomysły jest niejednoznaczna i dość złożona. Zespół nie ma ochoty dopasowywać się do jakiegoś konkretnego gatunku. Tak więc nie zdziwmy się, gdy każdy z nas wychwyci w muzyce brodatych Wikingów coś innego: artystyczny pop lat 80., prog rock lat 70., neo prog i folk, i metal, i szczyptę psychodelii… Zadziwiające jest jednak to, jak wszystko to pięknie pasuje do układanki, jaką jest niezwykłej urody muzyka tego zespołu.

Płytę „The Island” wypełniają stosunkowo krótkie i średniej długości kompozycje. Wyjątkiem jest ponad 10-minutowe nagranie „Vultures, Bats And Reptiles”, które w połączeniu z poprzedzającym go instrumentalnym tematem „Descension” tworzy najbardziej magiczny fragment tego albumu. Rozpoczyna się on przepiękną gitarą, która z rozmachem wiedzie muzykę zespołu dźwiękowymi meandrami, by po trzech minutach tego rozszerzonego instrumentalnego wstępu zmienić swój kierunek z cięższych na folkrockowe terytoria. Kilka minut później znowu wracamy do mocniejszych dźwięków. Wszystko to dzieje się w sposób płynny i nieomal niezauważalny. Inny wyróżniający się fragment to nagranie „That Face”: tutaj ma się wrażenie jakby na muzycznej drodze psychodeliczny Pink Floyd spotkał Neila Younga i grupę Black Sabbath. Co może z tego wyjść? Cudeńko! Posłuchajcie koniecznie!

Takich magicznych momentów na tej utrzymanej w spokojnym, melancholijno-minimalistyczno-nostalgicznym nastroju płycie, jest więcej. Bo weźmy kolejną parkę: instrumentalny temat „Fallen Star” oraz następujący po nim, zawieszony w mgiełce nostalgii i mocno rozmazany utwór „Who We Are”. Ze swoim naturalnym wyciszeniem mogłoby być to idealne zamknięcie płyty. Ale nie jest, bo jeszcze dzieją się na niej inne magiczne rzeczy. Oto po krótkiej ciszy od akustycznych gitarowych dźwięków rozpoczyna się podzielone jakby na dwie części nagranie „30 Years”, które swoim leniwym nurtem kołysze nas do nieuchronnego końca. Brzmi ono przepięknie i tak sobie myślę słuchając tej spokojnej końcówki, że to w istocie nie oniryczne dryfowanie, a wiosłowanie na wysokim ‘C’. Rozmarzony kształt snu. Senny kształt muzycznych marzeń… Subtelna siła spokoju. Prawdziwe mistrzostwo świata.

I gdyby tak dłużej zastanowić się nad klimatem poszczególnych kompozycji wypełniających ten album, to do głowy mogłyby przyjść takie nazwiska i nazwy, jak Brian Eno, Tears For Fears, Bryan Ferry, Pink Floyd, Neil Young czy nawet Beatlesi z całą niejednoznacznością i nieoczywistością ich późniejszej muzyki. W dodatku zespół Laughing Stock stosuje na płycie „The Island” liczne zabiegi pozamuzyczne, a sama muzyka, choć podzielona na pojedyncze utwory, tworzy melancholijną, a nawet oniryczną całość zanurzoną w atmosferze zbliżonej do pamiętnych nagrań Marka Hollisa i jego grupy Talk Talk. Tak. Tak właśnie myślę, że to najwłaściwszy trop, jeżeli chodzi o stylistyczne konotacje, którymi możliwie precyzyjnie można opisać twórczość tej norweskiej grupy. Wszak zespół Talk Talk nagrał kiedyś album zatytułowany „Laughing Stock” właśnie…

MLWZ album na 15-lecie