D Project

Lonely Robot - Feelings Are Good

Tomasz Dudkowski, Lonely Robot - Feelings Are Good

John Mitchell to wspaniały gitarzysta znany m.in. z grup It Bites, Frost*, The Urbane, Kino, czy zespołu Johna Wettona, a ostatnio Fisha. Większość zna go głównie z tego, że od 23 lat okrasza swoimi partiami płyty Areny. Jednak tego wszystkiego było mu mało i w roku 2015 powołał do życia projekt Lonely Robot. Jest to zasadniczo solowe przedsięwzięcie, do którego zaprasza różnych gości. Początkowo pod tym szyldem miała ukazać się tzw. trylogia astronautyczna. Jednak po wydaniu tych trzech płyt („Please Come Home” (2015), „The Big Dream” (2017) i „Under Stars” (2019)) zdecydował, że Samotny Robot będzie kontynuował swe życie. Zrzucił strój kosmonauty, który był jego znakiem rozpoznawczym i z kosmosu przeniósł się na Ziemię, by zgłębić bardziej osobiste tematy, co podkreślił okładką, którą zdobi zdjęcie jego twarzy z zaklejonymi taśmą oczami i sztucznym uśmiechem na... języku. Obraz ten, w różnych wersjach kolorystycznych stanowi graficzną podstawę całej książeczki dołączonej do srebrnego nośnika.

Na pierwszym albumie wspomagała go całkiem spora gromada gości (m.in. Steve Hogarth, Nick Beggs, Heather Findlay, Jem Godfrey, Nik Kershaw), by z każdym następnym ich role ograniczać. Na „Under Stars” oprócz autora zagrali tylko znany z zespołu Fisha basista Steve Vantsis oraz perkusista (m.in. Steven Wilson, Steve Hackett, Pendragon) Craig Blundell. Na opisywanym krążku Mitchellowi towarzyszy już tylko ten ostatni.

Na trzech pierwszych wydawnictwach dał się poznać nie tylko jako bardzo dobry gitarzysta, ale także jako klawiszowiec, basista i przede wszystkim wokalista (co czynił też w niektórych z powyższych grup) obdarzony może niezbyt wybitnym, ale całkiem przyjemnym, ciepłym głosem.

Album rozpoczyna się on od utworu tytułowego, pełniącego rolę intro, w którym John przetworzonym przez vocoder głosem wyśpiewuje zamieszczoną na okładce tezę:

„Feelings are fleeting

In pockets of time

I'll try to catch yours

If you forgive mine

Feelings are good

Feelings are good

Feelings are good”

Właściwy początek stanowi dynamiczny utwór „Into The Lo-Fi” z przebojowym refrenem i popisem Mitchella na klawiszach. Potem otrzymujemy najbardziej ostry, wręcz hardrockowy ”Spiders”. Przyznaję, że długo się przekonywałem do niego. Sprawia wrażenie nieco kakofonicznego, z muzyką niespecjalnie pasującą do linii wokalnej. Jednak tekst o fałszywej miłości, która oplata siecią bohatera i wstrzykuje w niego jad jak najbardziej uzasadnia takie połączenie. Po tych dwóch, dość szybkich utworach następne trzy przynoszą chwilę wytchnienia.

Pierwszy z nich - „Crystalline” - urzeka swym pięknym klimatem oraz zgrabnymi orkiestracjami. Następny, jeden z dwóch najdłuższych na płycie „Life Is A Sine Wave” początkowo utrzymany w średnim tempie w czwartej minucie wycisza się, a powracający na Ziemię Robot gra takie solo, za jakie kochają go fani Areny (i nie tylko). Jest to mój zdecydowany faworyt na tym albumie. Ostatni z tej trójki to oparty na delikatnej elektronice trącającej latami 80., z ciekawą partią basu, „Armour Of My Heart”. W tekście autor broni się przed toksyczną miłością:

„You sharpen your sword and your poisoned remark

I'm making defences, I'm building armour of my heart”

Słuchając tego nagrania mam skojarzenia z późnym Genesis z Rayem Wilsonem na wokalu.

Aby nie było zbyt spokojnie, jako następny, artysta proponuje nam nieco żywszy song „Suburbia” o mieszkańcach przedmieść, którzy kryjąc się za białymi płotami otaczającymi kupione na kredyt domy izolują się od „strasznego” świata. Pod koniec Mitchell serwuje nam jedną z najlepszych solowych partii jego ulubionego instrumentu. Ożywienie nie trwa długo i na kolejnej ścieżce słyszymy wyciszoną piosenkę o adekwatnym tytule „The Silent Life”. To piękna ballada z kolejnym popisem gry na gitarze i z delikatnymi syntezatorowymi smykami. Tym wyciszeniem artysta na chwilę usypia słuchacza, by za chwilę brutalnie obudzić go dynamicznym, opartym na mocnej elektronice i świetnie pracującej sekcji rytmicznej „Keeping People As Pets” z mało optymistycznym tekstem o ludzkości, która goniąc do przodu powoli zamyka się w klatkach:

„We're keeping as pets

In veiled etiquette

Controlling and keeping down

And if you try to escape

From this society grave

Can you be certain you won't turn around?”

Następnie przechodzimy do kolejnego killera - „Army Of Me” - z wkręcającą się niczym świder, powtarzaną wielokrotnie melodią zagraną na klawiszach i zadziorną partią gitary pod koniec. Kolejny utwór, który mocno rozkręca słuchacza, kończy się krokami wojska (jednoosobowego) i przechodzi w króciutki „Grief Is The Price Of Love”. Przy akompaniamencie gitary akustycznej John śpiewa:

„Grief is the price of love

And how the words echo with age

However you turn, there's one fault you must learn

There's no rainbow without first some rain”.

Tym pięknym w swym smutku aktem kończy się właściwy repertuar muzycznego spektaklu. Na bis dostajemy jeszcze „orkiestrowe” (oczywiście zagrane na klawiszach) wersje „The Silent Life” i „Crystalline”, które są jedynie miłym dodatkiem nie wnoszącym wiele do ogólnej oceny płyty. Płyty, która właściwie niczym znających dotychczasowy dorobek Lonely Robot nie zaskakuje. To nadal świetnie zagrana i wyprodukowana pozycja łącząca pop i kilka odmian rocka, dla której warto poświęcić te nieco ponad 50 minut (w podstawowej wersji). Może nie porywa od pierwszego przesłuchania, ale z każdym kolejnym coraz bardziej wciąga w tę podróż Robota po ludzkich uczuciach skłaniając do wyciągnięcia wniosku, że nie wszystkie one są dobre.

MLWZ album na 15-lecie