Ring Van Möbius - The 3rd Majesty

Artur Chachlowski, Ring Van Möbius - The 3rd Majesty

O zachwycającej muzyce grupy Ring Van Möbius można by pisać bardzo długo. Ale myślę, że najlepiej jest jej po prostu posłuchać. Dlatego ta recenzja będzie stosunkowo krótka. Powiem tak: w postaci nowej płyty tej norweskiej formacji otrzymujemy muzyczne zaproszenie od prawdziwych progresywnych podróżników w czasie. Ta proponowana przez nich podróż zabiera nas, słuchaczy, jakieś pół wieku wstecz…

Analogowi puryści – muzycy z grupy Ring Van Möbius zdążyli się już poznać ze swej lojalnej wierności tradycyjnym progresywno-rockowym brzmieniom (jeżeli ktoś nie pamięta, niechaj sięgnie po naszą recenzję debiutanckiej płyty „Past The Evening Sun” wydanej dwa i pół roku temu). W największym skrócie: norwescy muzycy (a jest ich trzech: Thor Erik Helgesen, Håvard Rasmussen i Dag Olav Husås) na swojej nowej, planowanej do wydania 30 października, płycie „The 3rd Majesty” wyznają filozofię łączącą brzmienia lat 60. i wczesnych 70. z tradycyjną starą szkołą muzyki napędzanej przez soczyste dźwięki organów Hammonda i inne analogowe instrumenty. „The 3rd Majesty” to prawdziwa progresywną perła, która równie dobrze mogłaby zostać wydana w 2020, jak i w 1970 roku…

Album składa się z czterech kompozycji. Najdłuższa – „The Seven Movements Of The Third Majesty” (jak łatwo się domyślić, składa się ona z siedmiu części) trwa 22 minuty i zawiera najbardziej imponujące fragmenty tego albumu. Najkrótsza – wydana na singlu „Illuminati” to 5 i pół minuty równie wspaniałej muzyki. Dwie pozostałe to, przynajmniej ze względu na swoje rozmiary, utwory gdzieś pośrodku: klasycyzujący „Distant Sphere” trwa 11 minut i 11 sekund, a „The Möbius Ring” równo 9 minut…

Jak widać, mamy do czynienia z prawdziwie epicką jazdą bez trzymanki w starym dobrym stylu. Na „The 3rd Majesty” znajdujemy muzykę, w której królują długie utwory wypełnione brzmieniem tradycyjnych instrumentów, takich jak dzwony rurowe, kotły, gongi, elektrofony, syntezatory modułowe, dzwonki (Glockenspiel) oraz kwartet smyczkowy, by wymienić tylko kilka, oprócz dominujących i wszechobecnych organów Hammonda. Ten album to wysmakowana podróż po dźwiękowej krainie progresywno-rockowej radości…

MLWZ album na 15-lecie