Gazpacho - Fireworker

Tomasz Dudkowski, Gazpacho - Fireworker

Z muzyką norweskiego sekstetu Gazpacho spotkałem się pierwszy raz w roku 2009 za sprawą chwytliwego i równocześnie pięknego utworu „Winter Is Never”. Potem poznałem i zachwyciłem się całym albumem „Tick Tock”, a następnie odkryłem jego wcześniejsze dokonania. Do grona ulubionych wydawnictw dołączyła płyta „Night”, a potem „Missa Atropos”. Niestety kolejne odsłony muzycznych poszukiwań grupy nie wzbudzały już we mnie takiego zachwytu, choć też żadna z nich nie spowodowała, że nie chciałbym do nich wrócić. Czyniłem to jednak zdecydowanie rzadziej. Teraz, nieco ponad 2 lata od ukazania się albumu „Soyuz” Gazpacho powracają z nowym, jedenastym już (w ciągu 17 lat, co daje całkiem przyzwoity wynik), dziełem „Fireworker”.

Album skupia się na pytaniu o to kim lub czym jesteśmy – samodzielnymi istotami z własną wolą czy też jedynie narzędziem, które jest wykorzystywane aby podtrzymać byt, pojazdem, w którym aktualnie podróżuje „To”. Teksty autorstwa wokalisty Jana-Henrika Ohme i klawiszowca Thomasa Andersena skupiają się na tej drugiej odpowiedzi. Życiem każdego z nas kieruje wewnętrzny byt, tytułowy „Fajerwerk”, który kieruje naszym zachowaniem by zapewnić ciągłość własnego istnienia. Jeśli nie zgadza się ze ścieżką, którą podążamy, ukarze nas ciężką depresją, skrajnym lękiem i różnymi chorobami psychicznymi. Zmusi do robienia rzeczy wbrew naszym życzeniom, zainteresowaniom, sprzeczne z naturą. Nie ma czegoś takiego jak wolna wola. „To” faktycznie podejmuje wszystkie decyzje, ale pozwala byśmy mogli je sobie wytłumaczyć traktując jak własne.

Ten niezwykle interesujący, acz nieco zawiły koncept został zamknięty w 5 tematów trwających łącznie 50 minut.

Pierwszy z nich, 20 - minutowy, „Space Cowboy”, to wielowątkowa opowieść o próbie dotarcia w głąb własnego umysłu, przedstawionego jako zbiór jaskiń, by odnaleźć drzemiącego w jego zakamarkach Fireworkera – Kosmicznego Kowboja. Zaczyna się spokojnie, pozwalając się snuć melodii będącej tłem dla jak zwykle pięknego, charakterystycznego śpiewu Ohme. Około piątej minuty do głosu dochodzi złowrogi Chór Umysłu, próbujący ostrzec bohatera przed dalszą wędrówką. Towarzyszą mu zdecydowane klawiszowe akordy oraz feeria dźwięków pozostałych instrumentów. Zabieg ten (naprzemiennie występujące fragmenty spokojne i ostre) jest podstawą budowania nastroju, wprowadzając klimat walki o dotarcie w głąb własnego „ja”. Powoduje on też, że mimo swej długości, ani przez chwilę nie nuży. Ciekawostką jest fakt, że na singiel promujący album wybrano wycięty z utworu (zaczynający się mniej więcej w jego połowie), nieco ponad 4 – minutowy fragment, który nazwano „Clockwork”.

Po tak mocnym rozpoczęciu otrzymujemy chwilę oddechu za sprawą czterominutowej pieśni „Hourglass”. Delikatny podkład wraz cudownym wokalem prowadzi nas przez opowieść będącą swoistą pieśnią duchów stworzeń, które przez miliardy lat były wykorzystywane przez Fireworkera, wnosząc wkład w postaci DNA, który pozwala mu stale się ulepszać. Również i tu mamy do czynienia z Chórem, ale tym razem w bardziej delikatniejszej odsłonie. Warto również zwrócić uwagę na pojawiający się w środku jeden ze znaków rozpoznawczych grupy, zachwycającą swoim pięknem krótka partią skrzypiec Mikaela Krømera.

Środkową ścieżkę wypełnia najbardziej dynamiczny na płycie, nieco folkowy utwór tytułowy, nawiązujący do brzmień jakimi raczył nas zespół w początkach kariery. Fireworker przedstawiony jest tu jako haitański bożek Voodoo – Papa Legba. Ten pośrednik pomiędzy Bogiem, a ludźmi, czy też naszą świadomością, a drzemiącą w nas istotą, uświadamia nam, że jest ona odpowiedzialna również za to, że nasze życie jest ekscytujące, dodaje nam tego „pieprzu”, iskierki szaleństwa, bez której bylibyśmy niezwykle nudni.

Było żwawo, skocznie, a więc teraz powinno nastąpić wyciszenie. Dostarcza nam go „Antique”. Spokojna pieśń o pogodzeniu się z tym, że to nie my kontrolujemy nasze życie będąc jedynie pionkami na planszy gry kogoś innego. Podkład dla tych przemyśleń stanowią delikatne klawiszowe figury, przetworzoną perkusja, subtelna elektronika, pojawiające się na chwilę skrzypce. Spokoju nie budzi nawet fragment, w którym nieco więcej do powiedzenia ma basista Kristian „Fido” Torp. W nagraniu słyszymy dodatkowe dźwięki instrumentów perkusyjnych zagrane przez Elisabeth Johansen (myślę, że zbieżność nazwisk z bębniarzem grupy jest nieprzypadkowa).

I tak dochodzimy do finału, który stanowi 15-minutowy „Sapien”. Opowieść o spotkaniu z samym Fireworkerem i dyskusją czym jesteśmy – samostanowiącymi stworzeniami, posiadającymi tożsamość, czy też jedynie skorupą służącą do mu do podróżowania. Czy możemy istnieć bez niego? Uświadamia bohaterowi, nazwanego Sapien, że to on daje mu siłę w kluczowych fragmentach istnienia. Jest pasożytem, bez którego człowiek nie może żyć. W sumie jednak nawet nie zna jego imienia, co ma podkreślić, że jest jedynie kolejnym mało istotnym nośnikiem jego, trwającego miliardy lat, życia.

„Even now I’m wearing you

The flame in core of you

The deepest vein

When you try to change

You stay the same

Design your name

Token name

Chip for the game

Sapien

I never know your names”

“You never had a name

Forgiven slave

Animal”

Tym razem, w odróżnieniu od „Space Cowboy”, nie ma tak drastycznych zmian klimatów. Pieśń snuje się powoli od początkowego bicia serca po ostatnie uderzenie w talerz Roberta Risbergeta Johansena. Jedynie w początkowym fragmencie mamy chwilowe ożywienie za sprawą bardziej zdecydowanej gry perkusisty oraz kilku bardziej ostrzejszych riffów na gitarze Jona-Arne Vilbo. A to co dzieje się gdzieś tak od 7 minuty to już prawdziwy klimatyczny odlot. Oniryczny śpiew Ohme, w połączeniu w klawiszowym podkładem, fortepianem i delikatną gitarą (w pewnym momencie grającą krótkie solo), cichymi skrzypcami na tle płynącego basu i subtelnych bębnów prowadzi nas do końca opowieści.

Przyznaję, że pierwsze zetknięcie z najnowszym dokonaniem Norwegów nie wzbudziło mojego większego entuzjazmu, ale miało w sobie to coś, co zdecydowało, że dałem mu jeszcze jedną szansę. Z każdym następnym przesłuchaniem coraz bardziej mnie pochłaniało, notorycznie wracając do mojego odtwarzacza. To jeden z tych albumów, którym trzeba poświęcić więcej uwagi, by w pełni docenić jego piękno. A jak już to zrobimy, zrewanżuje się zabierając nas w cudowną i interesującą muzyczną podróż po filozoficznych rozważaniach o tym kim lub czym jesteśmy.

Gazpacho na swoich płytach nie oferuje nam wirtuozerskich partii instrumentów. Brak tu ognistych solówek, skomplikowanych perkusyjnych figur, czy klawiszowych popisów. Daje nam za to klimat. Jedyny, niepowtarzalny, za który pokochali ich fani na całym świecie. Bez większego ryzyka mogę stwierdzić, że większość z nich umieści najnowsze dzieło zespołu wśród jego największych dokonań. U mnie dołącza do wspomnianych na wstępie trzech albumów tocząc zażartą walkę o podium, a także stając się jedną z kandydatek do tytułu ulubionej płyty AD 2020.

MLWZ album na 15-lecie