D Project

Gazpacho - Tick Tock

Artur Chachlowski,

ImageDwa lata minęły od wydania bardzo ciepło przyjętej poprzedniej płyty norweskiego sekstetu Gazpacho i oto do naszych rąk trafia kolejny album tego zespołu. To już piąty krążek wydany przez Gazpacho w ciągu zaledwie siedmiu lat działalności. Kreatywność godna podziwu, tym bardziej, że Gazpacho jest wyraźnie na fali wznoszącej i z płyty na płytę jawi się nie tylko, co zrozumiałe, jako zespół coraz bardziej doświadczony, ale prezentuje naprawdę coraz ciekawsze pomysły. I to zarówno muzyczne, jak i formalne.

Po tak dobrej płycie, jak „Night”, wielu zastanawiało się, czy Gazpacho jest jeszcze w stanie czymś nas zaskoczyć? Czy jest w stanie nagrać coś równie, a może jeszcze bardziej ciekawego? Mam dla wszystkich dobrą wiadomość. Przewidziana do wydania 16 marca bieżącego roku płyta „Tick Tock” to rzecz godna uwagi każdego szanującego się fana dobrego i inteligentnego rocka. A przy tym, starając się być jak najbardziej obiektywnym, uważam, że to prawdopodobnie pierwszy poważny kandydat do grona najważniejszych albumów 2009 roku.

Norwegowie na swojej nowej płycie opowiadają nam pewną historię. Jest 29 dzień grudnia 1935 roku. Francuski pilot Antoine de Saint-Exupéry odbywa lot z Paryża do Sajgonu. Po kilku godzinach lotu samolot rozbija się na piaskach Sahary. Wraz z towarzyszącym mu drugim pilotem, Andre Prevotem, obaj cudem unikają śmierci. Zanim dociera do nich ratunek Saint-Exupéry przeżywa wiele trudnych chwil, które opisał on później w swoim opowiadaniu „Ziemia, planeta ludzi” (fr. „Terre des hommes”). Dowiadujemy się z niego, co dzieje się z człowiekiem, gdy zaczyna brakować mu wody, gdy kolejne miasta i oazy okazują się fatamorganami. Saint-Exupéry mówi w nim dużo sensie istnienia. Pisze on, że warto było walczyć o życie nie tylko dla siebie, ale również dla bliskich, którzy na niego czekali. Napisana przez niego historia stała się kanwą do literackiego oraz muzycznego konceptu płyty „Tick Tock”. Metafora marszu po piaskach pustyni, którego kroki odmierzane są tykaniem zegara, to bardzo ciekawy zabieg, który w wykonaniu grupy Gazpacho idealnie sprawdził się w 22-minutowej kompozycji tytułowej. Składa się ona z trzech części, które swoim niepokojącym klimatem doskonale oddają grozę sytuacji osamotnionego człowieka zagubionego gdzieś na bezkresnym pustkowiu, którego jedynymi towarzyszami są gwiazdy, wiatr i piasek, a świadkami mozolnie stawianych kroków tłumionych przez rozgrzany piasek są wyłącznie jego wycieńczone mięśnie i kości. Życie i śmierć ocierają się o siebie. Ale wtedy w głowie rodzą się najpiękniejsze myśli, będące prawdziwą apoteozą człowieczeństwa. Muzyka grupy Gazpacho zainspirowana przemyśleniami Saint-Exupéry’ego nadaje tej apoteozie jeszcze głębszy sens, nadaje jeszcze szerszy wymiar. Wspaniale prezentuje się ta monumentalna kompozycja, a w kilku jej momentach, w trakcie słuchania, na plecach pojawiają się przejmujące dreszcze. Jak zawsze, w muzyce grupy Gazpacho jest mnóstwo emocji. To, co dzieje się w szóstej minucie tej kompozycji (żałobny chór), czternastej (fenomenalna łkająca partia skrzypiec), osiemnastej (przejmująca melodia grana na fortepianie i podniosłe finałowe canto), to prawdziwe muzyczne mistrzostwo świata. A wszystko to, w towarzystwie miarowego tik-tak, tik-tak, tik-tak… Bardzo podoba mi się ta kompozycja; już dawno żadne inne tak rozbudowane dzieło nie wywołało u mnie aż tylu emocji. Już za samą tytułową suitę Norwegom należą się słowa najwyższego uznania. Ale na płycie są jeszcze trzy inne kompozycje. Nie ukrywam, że przynajmniej przy pierwszym przesłuchaniu, nie robią one aż takiego wrażania, jak kompozycja tytułowa. Ale z czasem odsłaniają one swe prawdziwe oblicze, pokazując, że są one klasowymi i bez wątpienia wartościowymi nagraniami.

Album rozpoczyna się od utworu „Desert Flight”. Jego początkowe chwile (około cztery minuty) to najbardziej dynamiczny fragment płyty, ale po pewnym czasie surowo i głośno zagrany temat nabiera bardziej uduchowionego charakteru przepełnionego onirycznymi dźwiękami i rozmytymi melodiami. I tak właściwie jest, aż do końca płyty. Spokój, muzyczne niedopowiedzenie i pełna tajemniczości atmosfera przewijają się na tej płycie przez cały czas. Z indeksem 2 zespół umieścił na swojej płycie dwuczęściową kompozycję „The Walk”, która zachwyca przede wszystkim ciekawym instrumentarium z mocno wyeksponowanymi skrzypcami oraz zaskakującymi orientalizmami umieszczonymi gdzieś w środku tego utworu. Dają one początek hipnotyzującemu tematowi, który prowadzi do efektownego, podniosłego i chwytającego za serce finału. Jako trzecie, na płycie umieszczone jest opisane już przeze mnie prawdziwe magnum opus tego wydawnictwa, nagranie „Tick Tock”, po którym już na samym końcu umieszczona jest najprostsza i najkrótsza w tym zestawie piosenka „Winter Is Never”. To przymierzane na singiel promujący płytę dosyć proste nagranie nie odbiega ani swoim poziomem, ani klimatem od reszty muzyki wypełniającej płytę „Tick Tock”. Jest tylko trochę krótsze. Skrojone jest ono do niespełna 5 minut, ale i tak dzieje się w nim tyle, co w niejednej kilkunastominutowej suicie.

Muszę jasno to podkreślić: ta płyta najwyraźniej udała się grupie Gazpacho. Robi na słuchaczu ogromne wrażenie, wciska w fotel, narasta… Z każdym kolejnym przesłuchaniem odkrywa przed odbiorcą coś nowego. Wydaje mi się, że, aby odkryć jej rzeczywiste piękno, trzeba jej słuchać w skupieniu, najlepiej w całkowitej ciemności i ze słuchawkami na uszach. Muzycy tworzący grupę Gazpacho, to prawdziwi mistrzowie klimatu. Nikt inny nie potrafi tak, jak oni z monotonnie powtarzanych dźwięków wyczarować tak pięknej muzyki niosącej ze sobą przeogromną porcję ładunku emocjonalnego. Wymieńmy ich z imienia i nazwiska, bo choć są oni wciąż jeszcze młodymi ludźmi, to ich wrażliwość muzyczna oraz nieprzeciętny talent pozwalają wierzyć, że na tym przecież i tak wysokim poziomie, na który wynieśli swoje produkcje płytą „Tick Tock”, na pewno nie poprzestaną: Jan Henrik Ohme śpiewa, Thomas Andersen gra na instrumentach klawiszowych, Jon-Arne Vilbo - na gitarach, Mikael Krømer – na skrzypcach i mandolinie, Kristian Olav Torp na basie, a Robert Risberget Johansen na perkusji. Panowie, nagraliście płytę wypełnioną muzyką, w której można się zakochać bez reszty!

Ktoś kiedyś nazwał Gazpacho grupą grającą „klasycznego post ambientowego atmosferycznego folk rocka”. Nie wiem, czy ten dziwoląg słowny oddaje wszystkie cechy muzyki tego norweskiego zespołu, ale powiem szczerze, że ci słuchacze, którzy ukochali sobie uduchowione brzmienia a’la Radiohead, Muse, Sigur Ros, Coldplay i Talk Talk znajdą na płycie „Tick Tock” blisko 50 minut magicznej muzyki, która podziała na nich, jak prawdziwy narkotyk. Zawładnie, wciągnie i uzależni. Nie brońmy się przed tym uczuciem. Nie warto. Nie ma po co. Lepiej jest dać się porwać tym absolutnie pięknym dźwiękom i opowiadanym przez Gazpacho mądrym historiom…

MLWZ album na 15-lecie