D Project

Jump - Breaking Point

Artur Chachlowski, Jump - Breaking Point

O wysokim statusie, jaki na Wyspach Brytyjskich ma zespół Jump niechaj świadczy to, że „Breaking Point” jest już czternastym albumem w dorobku tego jakże mało popularnego w Polsce zespołu. Nagrywają od wczesnych lat 90., a w najbliższy poniedziałek, 23 listopada 2020r., za pośrednictwem F2 Music Ltd. wypuszczają na rynek swoje najnowsze dzieło.

Jump ma bogatą historię, dzięki której zespół współpracował z wieloma czołowymi gwiazdami świata progresywnego rocka. Ma też charyzmatycznego lidera, Johna Dextera Jonesa, który posiada reputację jednego z najlepszych frontmanów w świecie (neo)progresywnego rocka. Pozycja grupy Jump została już dawno ugruntowana dzięki regularnym i niezapomnianym występom na żywo (zespół ma podobno w swoim dorobku ponad tysiąc koncertów, sam – przed laty – uczestniczyłem w jednym z nich)  i, choć o koncertach w obecnych czasach nie ma mowy, to nowa płyta pokazuje, że ta renomowana formacja nadal jest w wysokiej formie.

Wydana po ponad czterech latach przerwy (dobrze przyjęty album „Over The Top” z 2016r.) płyta zatytułowana „Breaking Point” zawiera zestaw utworów zbudowanych wokół kompozycji tytułowej, która opowiada o problemie uchodźców, z którym od lat boryka się Europa. Mówiąc najprościej, w „Breaking Point” zespół głośno zastanawia się jak to się stało, że uchodźcy stali się kozłami ofiarnymi sytuacji, w której sami, wbrew swej woli, się znaleźli. Utwory, a jest ich na tym krążku dziewięć, mają – jak to zazwyczaj w przypadku grupy Jump – strukturę rockowych piosenek o średniej długości. Nie znajdziemy więc na „Breaking Point” epickich momentów uniesień, ani też strzelistych partii instrumentalnych. To kolekcja zwartych, dobrze skrojonych, rockowych piosenek zaśpiewanych przez Jonesa z zębem i zagranych z wykopem. Moje ulubione fragmenty to „The Heroes”, „The Voices”, tytułowy „Breaking Point” oraz finałowa sekcja utworu „The City”.

„Breaking Point” jest albumem, który ma pewien charakterystyczny klimat, który z pewnością może spodobać się fanom bardziej piosenkowego nurtu twórczości Marillion czy grup pokroju Magnum, Uriah Heep i Strangefish. Szarpane motywy gitarowe przenikają się z mocnymi gitarowymi riffami, czasami nadają one niektórym utworom bardziej hardrockowego charakteru, co w połączeniu z gustownymi partiami klawiszy, staje się często głównym elementem poszczególnych piosenek. Raz bardziej delikatnych i balladowych, w innych miejscach zdecydowanie mocniejszych, wykonanych z rockowym przytupem. Nad wszystkim króluje wszechobecny śpiew Johna Dextera Jonesa… Ogólne wrażenie jest takie, że to naprawdę dobrze skrojony pod każdym względem album, ale na pewno nie zawierający wystarczająco złożonego repertuaru, by jednoznacznie określić go mianem „progresywnego”. Być może usilne umieszczenie zespołu w tej właśnie kategorii jest przyczyną, dla której Jump w świadomości nie-brytyjskich słuchaczy nigdy nie przebił się do czołówki gatunku. Za bardzo skomplikowani na zwykły pop rock, zbyt mało epiccy na prog…

Produkcją płyty zajął się  gitarzysta Steve „Ronnie” Rundle, który przy okazji zmiksował  też album. Wykonał świetną robotę, bo pod względem brzmieniowym nie sposób tej płycie nic zarzucić. Jump pierwotnie planował, że premiera „Breaking Point” zbiegnie się w czasie z rocznicowymi koncertami, z okazji 30-lecia działalności zespołu, które miały się odbyć w kwietniu 2020r., ale pandemia koronawirusa pokrzyżowała te plany. Z jednej strony wstrzymała postępy w produkcji, ale z drugiej - doprowadziła do pozytywnych rozmów z wytwórnią F2 Music Ltd., które zaowocowały tym, że zespół podpisał z nią kontrakt, co - miejmy nadzieję – pomoże mu zdobyć popularność na nowych terytoriach. Pierwszy pozytywny efekt jest taki, że niniejszy tekst jest pierwszą recenzją albumu zespołu Jump, jaka ukazuje się na łamach MLWZ.PL.

Album „Breaking Point” został nagrany w składzie  Steve Hayes (gitary), Andy Barker (perkusja), Mo (instrumety klawiszowe), John Dexter Jones (wokal), Steve „Ronnie” Rundle (gitary) oraz Mark Pittam (gitara basowa), który tuż po ukończeniu nagrań opuścił zespół. Jego miejsce zajął wierny przyjaciel i fan zespołu, Andy Faulkner.                         

MLWZ album na 15-lecie
On Air