Metamorphosis - Then All Was Silent

Artur Chachlowski,
ImageTo już trzeci album grupy, której lideruje szwajcarski muzyk Jean-Pierre Schenck. To on jest kompozytorem całości materiału, to on gra na perkusji, instrumentach klawiszowych, a także śpiewa. Towarzyszą mu Giova Esposito (g, bg), David Grillon (g) oraz Milena Zaharieva (fl). Trzeci, kolejny album utrzymany w klimacie zbliżonym do poprzednich. A poprzednie, nota bene recenzowane na łamach MH, wypełnione były spokojnymi pasażami instrumentów klawiszowych, nieśpieszną atmosferą, nastrojem opartym na starych epickich wzorcach, które pamiętają lata 70-te. No i do tego całość ubrana jest w intrygującą fabułę. Jak na starych płytach. Bo „Then All Was Silent” jest klasycznym koncept albumem, którego spójność wynika nie tylko z muzycznej jednorodności, ale i samej historii opowiadanej przez równą godzinę. Jej bohaterem jest chłopak o imieniu Kenny – jeden z setki klonów, wyhodowanych w laboratorium i szkolony do zabijania przez bliżej nieokreślony totalitarny system. Jako jedyny spośród swoich „braci” buntuje się przeciwko reżimowi, podejmuje próbę ucieczki, zostaje brutalnie ukarany, by pewnego dnia, już jako dorosły człowiek odkryć czar prawdziwego świata spoza wysokich murów koszar obozu, w którym przebywał od dzieciństwa. W trakcie pierwszej akcji, wysłany do walki, skutecznie ucieka w krainę swoich marzeń, za co spotyka go sroga kara. Być może to wszystko brzmi trochę naiwnie, być może muzyka trąci miejscami myszką i klasycznym „archaizmem”, ale jest w tej płycie coś, czego nie sposób jej odmówić. Jest to niepowtarzalny urok i wyraz tęsknoty za najlepszymi czasami dla artrockowej muzyki. Sentyment do starych czasów? O, tak. Aż łezka się w oku kręci. Bo tak wspaniale słucha się tej muzyki.
MLWZ album na 15-lecie