Mark Kelly's Marathon - Mark Kelly's Marathon

Tomasz Dudkowski, Mark Kelly's Marathon - Mark Kelly's Marathon

Mark Kelly jako jedyny z członków Marillion nie wydał do tej pory nic poza macierzystą grupą, nie licząc epizodu z Chemical Alice, ale to było zanim zastąpił Briana Jelleymana i rozpoczął trwającą prawie 40 lat karierę w brytyjskiej formacji. Co prawda brał udział w nagraniach DeeExpus, Johna Wesleya czy występował z Travis, ale bardziej jako instrumentalista niż twórca. W latach 90. ubiegłego wieku miał pomysł na solowy album inspirowany „Piekłem” Dantego (próbował namówić do współpracy niejakiego Stevena Wilsona), ale tamten projekt upadł i dopiero z końcem listopada w wieku niespełna 60 lat wydał debiutancki album poza „statkiem matką”. A że jego drugą pasją obok czarno-białych klawiszy jest bieganie, nadał stworzonej grupie nazwę Maraton, a konkretniej Mark Kelly’s Marathon.

Tak o genezie powstania projektu pisze główny sprawca zamieszania:

Zacząłem współpracować z dobrym przyjacielem Guyem Vickersem w 2016 roku, kiedy dowiedziałem się, że pisze on teksty. Pomógł mi we wczesnych aranżacjach dwóch utworów i napisał wiele tekstów piosenek do muzyki, którą mu udostępniłem.

Przez jakiś czas nic się nie działo, dopóki nie zaprosiłem mojego bratanka Conala Kelly'ego, aby pograł ze mną na gitarze pod koniec 2018 roku. Pracował ze mną nad pomysłami grając na gitarze i basie. Na początku 2019 roku inny przyjaciel Andrew Wildman polecił mi wokalistę Olivera M. Smitha. Wysłałem mu muzykę i teksty do dwóch (najdłuższych) utworów: „Amelia” i „2051”.

Ollie, który pochodzi ze świata bardziej „normalnych”, krótszych piosenek, był nieco zniechęcony zadaniem wymyślenia linii melodycznych do tak długich utworów. Zrobił to jednak doskonale i mogliśmy zacząć. Nasza trójka szybko zdała sobie sprawę, że tworzymy świetny team twórczy i napisaliśmy resztę albumu oraz… fragmenty na następny .

Latem 2019 roku mieliśmy kilka dni w Racket (studio Marillion), aby nagrać demo. Zaprosiłem Pete'a „Woody” Wooda, aby dołączył do nas na gitarze, Conal wziął zaś na siebie obowiązki basisty.

Kiedy w marcu rozpoczął się lockdown, postanowiliśmy nagrać cały album w domach. Każdy z nas grał i śpiewał swoje partie, a następnie udostępniał je za pośrednictwem Dropbox. Mój przyjaciel Henry Rogers (m.in. DeeExpus, Edison’s Children) zgodził się zagrać na perkusji, a ponieważ był przyzwyczajony do nagrywania sesji z domowego studia wyszło to wspaniale.

Skład uzupełnił drugi gitarzysta, John Cordy, którego polecił mi Steve Rothery.

Efekty tych prac zostały upublicznione pod koniec listopada na albumie bez tytułu, sygnowanym jedynie nazwą grupy. Przynosi on 44 minuty muzyki podzielonej pomiędzy 5 utworów, wg klucza najdłuższe na początku i końcu, krótsze pośrodku. Pierwszy z nich, „When I Fell”, to bardzo przyjemna miłosna słodko-gorzka ballada, ze śpiewem Smitha przypominającym wokal Seala czy Paula Carracka oraz z popisem lidera na Hammondach. W nagraniu wziął również udział autor tekstów na płycie, Guy Vickers, którego grę na harmonijce slychać w bardzo klimatycznej końcówce. Kolejny, niespełna czteominutowy „This Time”, to chwytliwy numer, w którym słychać echa Oasis czy też Travis. W trzecim z nich, „Puppets” na gitarze zagrał kolega Kelly’ego z Marillion, Steven Rothery, serwując charakterystyczne solo na swym instrumencie, niejako wtórując w popisach klawiszowcowi. Fani kwintetu z Aylesbury na pewno będą zachwyceni słysząc ten cudowny instrumentalny duet. Tekst dotyczy odwiecznych rozważań na temat czy posiadamy własną wolę, czy jesteśmy jedynie kukłami wykonującym polecenia sił pociągających za niewidzialne sznurki, którymi mogą być różnego rodzaju informacje, reklamy czy też propaganda, kierująca nami byśmy robili określone rzeczy. A może tylko tańczymy tak jak gra nam nasze przeznaczenie i z chwilą, gdy muzyka cichnie upadamy.

Przejdźmy teraz do tych bardziej rozbudowanych form. Pierwszą z nich jest trzyczęściowa pieśń „Amelia”. Została ona zaprezentowana światu jako pierwsza, wprowadzając niezwykle udanie słuchaczy w klimat całego albumu. Tekst dotyczy ostatniej wyprawy amerykańskiej pilotki, dziennikarki i działaczki na rzecz równouprawnienia kobiet, Amelii Earheart oraz jej nawigatora Freda Noonana. Oboje zaginęli podczas lotu wzdłuż równika, podczas którego próbowali okrążyć kulę ziemską. Będąc mniej więcej w ¾ podróży. 2 lipca 1937 roku utracono z samolotem kontakt radiowy i mimo natychmiastowej akcji ratunkowej nie udało się odnaleźć pary podróżników. Nieco później odnaleziono damski but, pudełko z sekstantu oraz butelkę po ulubionym trunku Amelii oraz 13 kości, być może (do tej pory nie ma co do tego pewności) jej. Wygląda zatem na to, że pionierka awiacji, wyprzedzająca swoje czasy, zakończyła swój żywot nieopodal wyspy Howland na Oceanie Spokojnym tuż przed swoimi 40. urodzinami. Do tej pory jednak zagadka jej śmierci pobudza wyobraźnię i jest powodem do snucia różnych teorii spiskowych. Muzycznie utrzymana w średnim tempie kompozycja z ciekawymi duetami gitarowo-klawiszowymi, z akustycznym wyciszeniem w środku i z fantastycznym, za sprawą kolejnego pojedynku syntezatorowo-gitarowego i chóralnego śpiewu, finałem nie odbiega zbyt mocno od dokonań macierzystej formacji Kelly’ego. Dodam, że tych najlepszych.

Pozostał nam jeszcze jeden fragment albumu, ale za to jaki – czteroczęściowa suita „2051”. Rozpoczyna się od fragmentu czytanego przez Georgio A. Tsoukalosa na tle elektronicznego, kosmicznego wstępu, który przechodzi w iście filmowy instrumentalny fragment. Część druga kontynuuje ten klimat, ale główną rolę odgrywa tu Smith, śpiewający bardzo emocjonalną partię w stylu gdzieś pomiędzy Johnem Mitchellem a Nealem Morsem. Trzeci fragment suity również może kojarzyć się z propozycjami Morse’a i kompana Marka z Marillion, Pete’a Trewavasa wydanymi pod szyldem Transatlantic. To porównanie towarzyszy mi także przy słuchaniu finałowego fragmentu. Bardzo ciekawe zakończenie, dość dynamiczne, ze wspólnym śpiewem Smitha i (młodszego) Kelly’ego. Szkoda tylko, że zbyt szybko się kończy, nie pozwalając bardziej się rozwinąć wspaniałej partii solowej gitary. Tekst oparty jest na historii powstawania filmu i książki „2001: Odyseja Kosmiczna”, na szorstkiej współpracy reżysera Stanleya Kubricka i pisarza Arthura C. Clarke’a oraz na przedstawionej w nich opowieści o człowieku i technologii oraz o poszukiwaniu ludzkiej tożsamości.

Zapisy z różnych sesji zmiksował w całość współpracownik Marillion (m.in. współautor nowych wersji „Script For A Jester’s Tear” i „Clutching At Straws”) Andy Bradfield. Album ukazał się w formie płyty kompaktowej w digipacku, a także podobnie wydanej wersji specjalnej z dodatkowym dyskiem DVD, zawierający rejestracje występów w Real World Studios w lipcu tego roku wraz z komentarzami. Do płyt została dodana książeczka, która oprócz tekstów i zdjęć muzyków zawiera przemyślenia Guya Vickersa na temat warstwy lirycznej. Dostępna jest także wersja winylowa zapakowana w piękny gatefold. Okładki wszystkich nośników zdobi bardzo ciekawy obraz Alexa Kelly’ego.

Mimo, iż w nazwie projektu widnieje imię i nazwisko muzyka znanej grupy, to jednak nie zdominował on jej brzmienia. Owszem, nieco więcej miejsca, niż w przypadku nagrań Marillion zajmują popisy na klawiszach, ale w ilości i jakości nie ustępują choćby tym gitarowym. Za duży plus należy uznać śpiew Oliviera M Smitha, którego głos w zależności od potrzeb oscyluje gdzieś wokół barw wspomnianych wcześniej Johna Mitchella, Neala Morse’a, Seala, Paula Carracka czy też Raya Wilsona. Rzadko kiedy potrafię znaleźć aż tyle porównań, ale w tym przypadku należy uznać to za zaletę, gdyż wokalista potrafi to połączyć tworząc ze wszech miar udane linie melodyczne do (także ciekawych) tekstów Guya Vickersa. Bardzo dobrą pracę wykonał też Conal Kelly, który wspomógł wuja w komponowaniu i nagraniach, a że i pozostali muzycy nie odbiegają od poziomu wcześniej wymienionych, otrzymaliśmy nad zwyczaj udany miks młodości z doświadczeniem wyrażony za pomocą bardzo ciekawych dźwięków. A im dłużej z nimi obcuję, tym większą czerpię z tego przyjemność. I niezmiernie się cieszę, że sympatyczny klawiszowiec zdecydował się w końcu na „wyjście ze strefy komfortu” i zaprezentowanie światu albumu stworzonego z kimś innym niż kwartet Rothery-Trewavas-Mosley-Hogarth. Mam nadzieję, że działalność projektu będzie kontynuowana (a czytając wypowiedź Marka jest na to szansa), a póki co umieszczam „Mark Kelly’s Marathon” wśród swoich ulubionych albumów w mijającym roku, z dużą szansą na znalezienie się w czołówce, przynajmniej w kategorii „Debiuty”.

MLWZ album na 15-lecie