Doncourt, Tom and Olsson, Mattias - Cathedral

Artur Chachlowski, Doncourt, Tom and Olsson, Mattias - Cathedral

W połowie ubiegłego roku przedstawialiśmy na naszych łamach album „Tom & Tiger” firmowany przez projekt Molesome szwedzkiego muzyka Mattiasa Olssona. Smutną inspiracją dla tej płyty była śmierć przyjaciela Olssona, amerykańskiego muzyka Toma Doncourta (zmarł on w marcu 2019 roku, a za życia działał m.in. w legendarnej progresywnej grupie o nazwie Cathedral, która w 1978 roku nagrała kultową w pewnych kręgach płytę „Stained Glass Stories”).

Teraz Olsson przedstawia dokończoną przez siebie, już po śmierci przyjaciela, muzykę którą zebrał w całość na płycie zatytułowanej „Cathedral”. Obaj panowie pracowali nad tym materiałem, gdy już wiadomo było, że rak płuc zbierze niebawem swoje żniwo… Obaj wiedzieli, że nie zostało dużo czasu, ale pracowali bez niepotrzebnego stresu i pośpiechu. Częściowo nagrywali razem, częściowo dzielili się tym, co wypracowali we własnych studiach w Nowym Jorku i Sztokholmie. Po śmierci Toma, Mattias był na tyle zdeterminowany, że dokończył ich wspólny projekt i nadał temu materiałowi taki kształt, jaki z pewnością spodobałby się Tomowi…

Powstała płyta niezwykła. Przemawiająca do wyobraźni i w każdej sekundzie pobudzająca do myślenia. Płyta pełna marzycielskiej, melodyjnej, w większości instrumentalnej, muzyki. Będąca jakby syntezą twórczości i stylu macierzystych zespołów obu muzyków – amerykańskiej grupy Cathedral i szwedzkiego Ȧnglagärdu. Ale pełna też innych inspiracji, co wszakże w ostatecznej ocenie nie pozbawia jej statusu oryginalnej i niepowtarzalnej. Tak, bo muzyka, z jaką mamy do czynienia na płycie „Cathedral”, jest doprawdy, jak na dzisiejsze standardy, jedyna w swoim rodzaju. Skąpana jest w dźwiękach oldschoolowych klawiszy. Są w niej też liczne elementy symfoniczne, selektywne dźwiękowe soundscape’y (w kilku tematach, np. w „Chamber” wyłapać też można ewidentne Frippowskie naleciałości), fantastyczny jest też dźwięk - przestrzenny, strzelisty, krystalicznie czysty.

Pięknie rozpoczyna się ten album - już od chóralnego intro w „Poppy Seeds”, które majestatycznie otwiera ten album uduchowioną nutą, zawiłą i delikatną, ulotną i kruchą, tajemniczą i mocno intrygującą. Podobno był to ostatni utwór, jaki Tom skomponował na ten album. Wstępne szkice wysłał do Szwecji zaledwie dwa tygodnie przed swoją śmiercią. Mattias postarał się niczego nie dodawać, jedynie wzmocnić i podkreślić to, co było w zamyśle autora, tak aby zachować oryginalną wizję Toma. Kolejny utwór, wspomniany już „Chamber” z wielościeżkowymi gitarami akustycznymi wprowadza idylliczny klimat muzyki Genesis z epoki Hacketta, mocno nasyca brzmienie dźwiękami melotronu, a nawet harfy, by następnie zaskakująco i bezboleśnie przejść w połamany gitarowo-basowy rytm a’la późny King Crimson.

Po trzech pierwszych, stosunkowo krótkich tematach pojawia się pierwszy z dwóch długich utworów –„#1” to mroczny i ponury numer nasączony ciężkim basowym riffem i mocarnymi partiami klawiszowymi z chórami i cyklicznymi figurami gitary utrzymanymi w stylu King Crimson. To utwór dość złowieszczo brzmiący, ale stylowy i jawnie nawiązujący do progresywno-rockowej epoki. Te 10 minut z sekundami tworzy jeden z najważniejszych momentów na tym krążku i wydaje się jednym z punktów kulminacyjnych płyty.

„Tower Mews” to nazwa studia nagraniowego, w którym pracował Tom Doncourt. Taki tytuł nosi też dwuminutowe, cichutkie nagranie rozpoczynające umowną drugą część albumu. Delikatnie grające, jakby lekko rozstrojone, pianino z nałożonymi nań melotronowymi plamami dźwięków daje prawdziwie orkiestrowy efekt. Jeszcze krótszy, bo ledwie 90-sekundowy jest następny temat - „Today”. Rozlegają się w nim głosy z interkomu, panuje idylliczny nastrój, który wydaje się być wprowadzeniem do prawdziwego magnum opus całej płyty – 12-minutowej kompozycji „Poppies In A Field”. To zdecydowanie najmocniejszy moment albumu: epicki klimat, dostojna melodia z powracającym kilkakrotnie tematem przewodnim, zapadające w pamięć uduchowione partie instrumentalne, gęsta linia basu, pojawiający się nagle dysonansowy perkusyjny chaos, a wszystko to po to by przygotować słuchacza na wielki epicki finał. To właściwie jedyna na tym albumie kompozycja, którą można określić mianem nie-instrumentalnej. Tekst napisał Tom Doncourt, a główną ścieżkę wokalną wykonała szwedzka wokalistka Akaba. Bardzo mocny utwór!

Tuż po nim pojawia się koda: prosta, bardzo liryczna i chwytająca za serce melodia „The Last Bridge Organ” z sugestywnym crescendo gitar i klawiszy. Cicho zanika po niespełna trzech minutach, puentując tę płytę w trafny, a zarazem niesamowicie przejmujący sposób.

Jak to często bywa w przypadku płyt nagranych z udziałem Mattiasa Olssona, trzeba z nią spędzić trochę czasu, by całkowicie odkryć jej subtelne piękno. Ale warto to zrobić i nie zrażać się początkową nieprzystępnością tej muzyki. Sam to po sobie widziałem jak od lekkiego zniechęcenia mój nastrój z każdym kolejnym przesłuchaniem zmieniał się na coraz większą fascynację graniczącą z niedowierzaniem ile prawdziwego piękna odkrywa się przy zetknięciu się z tymi dźwiękami. Aż wreszcie osiągnąłem stan totalnego zauroczenia i absolutnej fascynacji… To naprawdę zjawiskowe wydawnictwo, zbudowane jakby ze szkiców i małych fragmentów, lecz układa się ono w bardzo dobrą i przejrzystą całość. Całość niedługą, bo płyta „Cathedral” trwa zaledwie 36 minut. I myślę, że jest to jej ogromną zaletą w myśl zasady: małe jest piękne. To najwspanialszy z możliwych hołdów, jakie mogły być złożone Tomowi Doncourtowi. Duże brawa dla Mattiasa Olssona. Może być on dumny z tak znakomitego efektu końcowego…                                                                                       

MLWZ album na 15-lecie