D Project

Arc Of Life - Arc Of Life

Artur Chachlowski, Arc Of Life - Arc Of Life

Tak podobno rodzą się supergrupy... Choć osobiście nie lubię tego określenia i wolę raczej używać go w kontekście podkreślenia wagi i jakości samej muzyki, a nie tylko samych personaliów. Jaka zatem ocena przypadnie temu albumowi? Odpowiedź znajdziecie po przeczytaniu niniejszej recenzji.

Arc Of Life to nowa formacja składająca się z obecnych członków grupy Yes, Billy'ego Sherwooda i Jona Davisona, koncertowego perkusisty Yes, Jaya Schellena, Jimmiego Hauna (grał na gitarach na albumie Yes „Union” z 1991 roku i współpracował z nieżyjącym już basistą Yes, Chrisem Squire’em, w Conspiracy) oraz jedynego muzyka spoza tego yesowego grona, doskonale jednak znanego w progrockowym środowisku, keyboardzisty Dave’a Kerznera (ex-Sound Of Contact, In Continuum).

Już po otwierającej pierwszej piosence „Life Has A Way” staje się jasne, że porównania do twórczości Yes stają się jak najbardziej uzasadnione. Yes i jego muzyka to swego rodzaju benchmark dla Arc Of Life. Sherwood wyraźnie wokalnie stylizuje się na Squire’a, zaś Davison to swego rodzaju kopia Jona Andersona. Ta optymistyczna piosenka nadaje ton temu albumowi, podkreślając bogatą harmonicznie wielowarstwowość strony wokalnej osadzoną na zwięzłym akompaniamencie instrumentalnym. Trzeba podkreślić, ze głosy Sherwooda i Davisona dobrze się ze sobą komponują i w tym akurat utworze przywołują jedne z lepszych momentów wokalnych w karierze Yes.

Zresztą większość piosenek na tym albumie (jest ich w sumie aż 10) sprawia wrażenie mniej lub bardziej ewidentnych nawiązań do dokonań Yes. Niestety nie do tych najbardziej epickich, ale myślę, że spokojnie mogłyby się one znaleźć na przykład na albumach „Big Generator”, „Union” czy „Open Your Eyes”. Wiem, że nie należą one do najbardziej lubianych przez fanów formacji Yes, lecz weźmy chociażby takie nagranie, jak „You Make It Real”. Uważam, że mogłoby być ono ozdobą powyższych płyt.

Nie jest jednak tak dobrze, by płytowy debiut Arc Of Life oceniać w samych superlatywach. Jest na tym albumie kilka nietrafionych utworów. Moim zdaniem jest też na nim za dużo Sherwooda, co sprawia, że długimi, a nawet bardzo długimi chwilami, odnosi się wrażenie, że ta muzyka to jakby odrzuty z solowych płyt tego artysty, które – obiektywnie rzecz ujmując - nigdy nie cieszyły się jakąś szczególną popularnością. Szkoda, że Kerzner nie spróbował wziąć spraw w swoje ręce, gdyż moim zdaniem cały czas na tym krążku jest on ukryty gdzieś w głębokim cieniu. Im dłużej trwa ta płyta, tym niestety staje się ona coraz bardziej nużąca. I gdy tak słuchałem tego albumu drugi czy trzeci raz, około piątego-szóstego utworu, zawsze pojawiała się myśl: kiedy wreszcie, i czy w ogóle, zespół (wolę nazywać go zespołem niż supergrupą, bo wracając do początku niniejszej recenzji, z powodu średniej jakości zaprezentowanego przez siebie materiału nasi bohaterowie na takie miano sobie nie zasłużyli) napręży swoje muzyczne muskuły i złamie te wszystkie yesowskie szablony, którymi z każdą upływającą minutą stają się coraz bardziej irytujące? Owszem, pojawiają się pewne przebłyski (nieliczne niestety), które dają szansę, by nowej grupy Arc Of Life nie rozpatrywać wyłącznie w charakterze muzycznego klonu Yes. Takim utworem, przy którym chciałbym postawić mały plus jest „Just In Sight”. Jest w nim bardziej rozbudowana sekcja instrumentalna z sugestywną solówką Jimmy'ego Hauna i kołyszącą linią basu Sherwooda, będąca pomostem pomiędzy stylistyczną przeszłością a współczesną nowoczesnością. Ale to tylko taki mały rak na muzycznym bezrybiu…

Pod sam koniec albumu umieszczono dwie najdłuższe kompozycje (obie trwające po prawie 10 minut). „Locked Down” chwilami brzmi potężnie, ale muzycznie nie zachwyca. Zdarzyło mi się w jej tracie kilka razy głęboko ziewnąć. „Therefore We Are” to z kolei prawdziwy epik na tej płycie i prawdopodobnie jako jedyna kompozycja w tym zestawie ucieleśnia etos klasycznego rocka progresywnego. Składa się ona z kilku wyraźnych segmentów, które płynnie łączą się ze sobą osiągając w swoim finale efektowny punkt kulminacyjny. Czy przejdzie ona do historii gatunku? Raczej wątpię. Znowu odzywają się tu muzyczne duchy grupy Yes i wielokrotnie zastanawiałem się jakby ten utwór wypadł wykonany przez bardziej oryginalny skład Yes, chociażby z okolic płyty „Talk”? Przez skórę czuję, że zabrzmiałby tam o wiele lepiej.

Nie wiedzieć czemu po tym epickim utworze na płycie umieszczono jeszcze jedno nagranie – „The End Game”. Pełni ono rolę cody, ale jest to coda bezbarwna, niemrawa i jak na mój gust zbyt chaotyczna, co czyni z niej najbardziej drażniący utwór na tym krążku. Niepotrzebnie burzy podniosły klimat, którym kończy się poprzednia kompozycja.

Taka to płyta. Taki to zespół. Nie superpłyta i nie supergrupa. Z dużej chmury i z szumnych zapowiedzi spadł mimo wszystko mały deszcz. Na „Arc Of Life” są momenty, ale nie ma ich zbyt wiele. Do poziomu grupy Yes, której muzyka stała się dla Arc Of Life muzycznym benchmarkiem, nasi bohaterowie nie zbliżyli się ani na jotę. Być może otarli się trochę o poziom jej dorobku z przełomu lat 80. i 90., ale to raczej wcale nie powód do zachwytu. Jak dla mnie to, mimo wszystko, spore muzyczne rozczarowanie…

MLWZ album na 15-lecie