D Project

Greta Van Fleet - The Battle At Garden's Gate

Artur Chachlowski, Greta Van Fleet - The Battle At Garden's Gate

Skończmy wreszcie z tymi opowieściami o zapożyczeniach, o ledzepppelinowych klonach, o stereotypach dotyczących rzekomego braku muzycznej oryginalności. Skończmy ten słowny onanizm przy wyliczaniu gdzie, kiedy i jak Joshua Kiszka naśladował konkretną frazę Roberta Planta, a Jacob Kiszka zagrał jakiś riff w stylu Page’a. Skończmy doszukiwać się stuprocentowych podobieństw „Highway Tune” do „Whole Lotta Love”, przestańmy ze szkłem powiększającym w ręku dopatrywać się motywów „Black Dog” w „Build By Nations” i z aptekarską dokładnością wyliczać, że w 4 minucie i 15 sekundzie „Age Of Man” wokalista skradł kilka fraz z Plantowego zaśpiewu w „In The Evening”. Porzućmy te uprzedzenia.

Dość. Skończmy wreszcie z tymi bezsensownymi porównaniami i opisywaniem muzyki Greta Fan Fleet poprzez pryzmat zapożyczeń. Skończmy te nic nie dające potyczki na słowa i niepotrzebne bitwy w imię nie wiadomo czego. Jeżeli już koniecznie chcecie toczyć bitwę, to zróbcie to przy „Bramie Ogrodu”. Poświęćcie godzinę i posłuchajcie uważnie najnowszej płyty grupy braci Kiszków. Moim zdaniem to prawdziwe cudeńko, nie na jakieś trzy i pół czy cztery gwiazdki. Gwiazdek jest sześć!!! Na pięć możliwych…

Jeżeli ktoś naprawdę kocha hard rocka, a przede wszystkim ma szacunek dla czystego, krystalicznego i organicznego grania i nie ma przy tym złej woli, to naprawdę doceni to, co Greta Van Fleet prezentuje na swojej najnowszej płycie. Takiego nagromadzenia świetnych rockowych piosenek, genialnych solówek i świetnych partii wokalnych na jednej płycie już dawno nie słyszałem.

„The Battle At Garden’s Gate” nie ma praktycznie słabych punktów. Spędziłem z tym albumem jedną weekendową noc. To nic że noc zarwana i że w ogóle nie spałem, skoro następnego dnia pieska pogoda i powszechny lockdown zatrzymał mnie w domu (znowu przy muzyce Grety!), ale już po 3-4 przesłuchaniach nie było utworu, przy którym nie postawiłbym plusika. Znalazłem tu wszystko, czego dusza rockmana zapragnie. Jest rzetelne rockowe granie („My Way, Soon”), jest hardrockowy wykop („Built By Nations”, „Caravel”), są melodyjne i bardzo przebojowe motywy („Heat Above”, „Age Of Machine”), jest miejsce na szlachetne ballady („Tears Of Rain”, „Light My Love”, „Broken Bells”), na stadionowy zaśpiew („Stardust Chords”, „Trip The Light Fantastic”), jest wreszcie wystraczająco dużo przestrzeni na piękne partie instrumentalne (najlepsza z nich to trwająca kilka minut rewelacyjna gitarowa solówka w kończącej płycie dziewięciominutowej kompozycji „The Weight Of Dreams”), jest niezbędne napięcie, jest stopniowanie emocji, są dystopijne wizje, jest science fiction, jest metafizyka, są orkiestracje, jest rozmach, jest wrażliwość, jest energia, są uczucia. Są klimaty z Purpli, Cream, Rush i ledzeppelinowy sznyt oczywiście też jest. Jest wszystko co potrzeba.

Ten album to prawdziwa perełka. Tego samego dnia, kiedy go kupiłem ktoś podsunął mi najnowsze płyty Motorpsycho i The Vintage Caravan z rekomendacją, że: „to dopiero jest prawdziwe rockowe granie”. Usłyszałem, że „cały świat w niebogłosy wychwala zespół braci Kiszków, ale ci skandynawscy młodziacy biją ich na głowę swoim talentem”. Sprawdziłem, przesłuchałem raz i drugi. I nie umniejszając nic talentom i muzycznym pomysłom norweskim Motorpsycho’om i islandzkim Dojrzałym Karawanistom, to powiem, że choćby nie wiadomo jak dużo jeszcze ćwiczyli i kombinowali, to nie nagrają ani w połowie tak udanej płyty, jak najnowsze dzieło grupy Greta Van Fleet.

Album „The Battle At Garden’s Gate” wyprodukował Geg Kurstin (współpracował wcześniej m.in. z Foo Fighters, Paulem McCartneyem i Beckiem), a płycie towarzyszy 16-stronicowa książeczka pełna mitycznych symboli przypisanych do każdego utworu. Tworzy to dodatkowy smaczek, klimat niedopowiedzenia, wprowadza element metafizycznej tajemnicy i oddaje duchowy i muzyczny rozwój tego amerykańskiego zespołu. „Brama ogrodu oznacza świat natury. To, co znajduje się na zewnątrz, jest dla tego świata zagrożeniem. To wielka mitologiczna analogia. Historia się powtarza, są archetypy, wszystko się wzajemnie uzupełnia. Każda piosenka w albumowej układance oddaje czas, odczucie, zapach, jakiś rodzaj doznania. Niekoniecznie kryje się w tej historii ostateczna konkluzja, każdy wyciągnie z niej cos innego, Ważne, żeby słuchacz miał swoją interpretację, bo dzieje się tu bardzo dużo” – mówił niedawno w wywiadzie dla „Teraz Rocka” Joshua Kiszka .

Rozwijają się znakomicie. I nawet jeżeli kogoś nie przekonali swoim poprzednim krążkiem „Anthem Of The Peaceful Amy”, to najnowszą płytą z pewnością przebiją się do wąskiego grona współczesnych muzycznych gigantów.

MLWZ album na 15-lecie