Liquid Tension Experiment - 3

Przemysław Stochmal, Liquid Tension Experiment - 3

Liquid Tension Experiment - gdy w 1998 roku ukazywała się pierwsza płyta tego kwartetu instrumentalistów, dwóch spośród nich było członkami Dream Theater. W momencie opublikowania rok później płyty numer dwa, było ich już trzech. Teraz, gdy ukazuje się trzecia płyta supergrupy, znów jej skład zasila dwóch muzyków Teatru Marzeń. Nie trzeba być jednak zagorzałym fanem progmetalowej legendy, aby wiedzieć, że na przekór tym statystykom skład LTE tworzą, jak zawsze, ci sami muzycy: Tony Levin, John Petrucci, Mike Portnoy oraz Jordan Rudess. I również na przekór wszelkim okolicznościom i różnicom artystycznych ścieżek cechującym dwie ostatnie dekady, panowie postanowili ponownie nagrać wspólnie muzykę – wreszcie nadszedł moment, kiedy od wejścia do studia dzielił ich tylko i wyłącznie… szybki test na obecność koronawirusa.

Pierwsze dwa albumy formacji, jak również i sporadyczne koncerty zagrane w 2008 roku dla uczczenia dziesięciolecia założenia grupy, potwierdzały, że mimo muzycznego pochodzenia Levina dalekiego od szeroko pojętego gatunku metalowego, czwórka instrumentalistów tworzy doprawdy dobrze zgrany team. Kilka lat muzycznej rozłąki pomiędzy Mike’m Portnoyem a jego kolegami z Dream Theater mogło budzić obawy, czy energię, jaka łączyła muzyków przed dwiema dekadami, również i teraz da się usłyszeć w najświeższym materiale Liquid Tension Experiment. Bez wątpienia jednak nie ma się czego bać, choć artystyczne doświadczenie minionych lat nie mogło pozostać bez wpływu na podejście do tworzenia muzyki w tej konkretnej konfiguracji personalnej.

Nowy album kwartetu zdaje się być przede wszystkim świadectwem zmian w optyce kompozycyjnej Petrucciego i Portnoya, którzy o ile przed ponad dwiema dekadami byli muzykami rockowymi pełną gębą, o tyle przez ostatnie lata we własnym spojrzeniu na muzykę rockową konsekwentnie ciążą ku symfonicznej czy wręcz filmowej monumentalności, bez której nie może obyć się prawie żadna płyta firmowana ich nazwiskami. Owe skłonności do nadawania kompozycjom cech epopei, fascynacja podniosłymi parafrazami i atrakcyjnością fajerkowego grand finale, musiały znaleźć odzwierciedlenie również i na płycie Liquid Tension Experiment A.D. 2021. Tym samym „Trójce”, jako płycie z muzyką instrumentalną, znacznie bliżej do epickich dokonań muzyków związanych z Dream Theater, aniżeli poprzednim pozycjom. Szczęśliwie, manieryczne zakusy nie są jednak zasadą nowego albumu, a wykorzystywane tu całkiem racjonalnie, stanowią wręcz jego ozdobę. Co ciekawe, pojawiająca się na płycie interpretacja Gershwinowskiej „Błękitnej Rapsodii”, w swojej oczywistej symfoniczności daleka jest od nadęcia i pretensjonalności, a wręcz tchnie wyjątkową radością muzykowania i swoistym dowcipem (co bardziej spostrzegawczy słuchacze z pewnością wyłapią tu nawet zabawne wtrącenie wprost z katalogu King Crimson).

Pewne zasady komponowania nieco się zatem zmieniły, uwzględniając trendy, jakim hołdowali muzycy w ostatnich latach. Zmienił się również i sposób selekcji materiału; proporcje tego, co skrupulatnie rozpisane w kompozycji i tego, co zrodziło się z czystej improwizacji. Na pierwszych dwóch albumach Liquid Tension Experiment zapisy wspólnych jamów niemal równoważyły się ze starannie wykoncypowanymi utworami. Tutaj w wyraźnie większym stopniu pracowano na gotowych szablonach kompozycyjnych, choć bardzo wiele miejsca pozostawiono żywiołowi pod postacią gitarowych i klawiszowych solówek dziejących się na tle znakomitych riffów. Z tradycyjnych jamów wykrojono jednak nie za wiele (zwłaszcza warto polecić mocarny duet Levin/Portnoy w „Chris & Kevin’s Amazing Odyssey”), ale zespół zrekompensował te niedostatki dodanym krążkiem z podtytułem „A Night At The Improv”, co mówi samo za siebie i - potrafi sprawić dodatkową frajdę.

Naczelną trudnością, z jaką spotyka i będzie się spotykał nowy album Liquid Tension Experiment jest pokusa do snucia porównań z dotychczasowymi dokonaniami supergrupy. Kontekst rozstania przed ponad dekadą Mike’a Portnoya z kolegami dodatkowo podsyca pytania „czy to w ogóle może być tak dobre, jak było kiedyś?”. Warto jednak porzucić wszelkie górnolotne rozważania na temat wyczerpania formuły, ostatecznego upadku muzyki, koncepcji wszechświata czy wyższości jednych świąt nad tymi drugimi, a zwyczajnie cieszyć się tym muzycznym upominkiem, bo doprawdy jest czym się cieszyć.

MLWZ album na 15-lecie