D Project

Millenium - Deja Vu

Artur Chachlowski,
ImageI oto mamy kolejny, czwarty już w dorobku tego krakowskiego zespołu album. Pamiętam z jakim zaciekawieniem sięgałem przed 5 laty po płytowy debiut Millenium, z jakim podziwem przysłuchiwałem się drugiej płycie pt. „Vocanda” (2000), pamiętam wreszcie jak grupa Millenium zadziwiła mnie swoją dojrzałością na kolejnym albumie „Reincarnations” (2002). Skoro poprzeczka systematycznie wędrowała w górę, to nie dziwcie się zatem, że z ogromną niecierpliwością czekałem na nowe wydawnictwo. No i wreszcie jest. I szczerze powiem, że nie za bardzo wiem co o nim sądzić. „Deja Vu”... Wbrew tytułowi, nie mam raczej pewności, że coś takiego w wykonaniu Millenium już było. Mam raczej wrażenie, że ta płyta wcale nie jest kolejnym albumem w dorobku tego zespołu, a raczej jakby była nagrana tak jakoś „obok”. Jakby trochę brakło kontynuacji i konsekwencji w realizacji jasno nakreślonej kiedyś wizji. Nie wiem, może to sprawa dwóch nowych muzyków w składzie (Przemek Drużkowski – g, Krzysztof Wyrwa – bg), może chwilami dziwacznie brzmiącej perkusji (Tomasz Paśko), może nieco za bardzo swingującego wokalu Łukasza Gałęziowskiego? Na „Deja Vu” nie zawsze brzmi on wystarczająco rockowo, a już na pewno nie „art rockowo”. Być może taka forma ekspresji bardziej pasuje w Żandarmie – innej grupie, z którą Łukasz jest związany? A może to kwestia niewystarczającej liczby ciekawych pomysłów kompozytora i lidera zespołu Ryszarda Kramarskiego? Lubię krótkie i zwarte płyty, ale ta jest zdecydowanie za krótka nawet jak na mój zmęczony 74-minutowymi produkcjami gust. A na „Deja Vu” otrzymujemy zaledwie 8 utworów i raptem 48 minut muzyki. A co gorsze, pośród nich zaledwie jeden kawałek godny szczególnej uwagi „Tears Of Yesterday”. Jeden jedyny, po którym chce się przycisnąć klawisz REPEAT na kompaktowym odtwarzaczu. Czegoś tu za mało, czegoś na „Deja Vu” brakuje. Czego? Już wiem. Nie ma tu lekkości i młodzieńczej fantazji poprzednich produkcji zespołu. Nie ma przełamywania muzycznych granic i wzlotów ponad otaczającą nas artystyczną przeciętność. Czy to już trwała tendencja, czy tylko chwilowy zanik formy? Tak bardzo chciałbym, żeby dopiero kolejna płyta Millenium nosiła tytuł „Deja Vu”. Żebym poczuł, że znowu wróciły te fajne klimaty pamiętające czasy „Vocandy” i „Reincarnations”...
MLWZ album na 15-lecie