D Project

Perfect Storm - No Air

Artur Chachlowski, Perfect Storm - No Air

Gdy do moich rąk dotarła przesyłka z albumem „No Air”, nazwa firmującej go holenderskiej grupy – Perfect Storm – nie mówiła mi nic. Po lekturze załączonej do płyty ulotki zorientowałem się, że to debiutanci, a już po pierwszym przesłuchaniu miałem świadomość, że mam do czynienia z zespołem nietuzinkowym. Każdego tygodnia trafia mi w ręce mnóstwo nowych wydawnictw, ale to zachwyciło mnie od samego początku. Gdy usłyszałem muzykę, a szczególnie tytułowy oraz kończący płytę utwór, od razu polubiłem tę grupę ze względu na jej ekspansywne i nurtujące brzmienie, nie wspominając o licznych solidnych partiach instrumentalnych, które ten zespół ma wpisane w swoje DNA.

Produkcje Perfect Storm to eklektyczna mieszanka wpływów: rock alternatywny, rock progresywny, melodyjny rock i odrobina jazzu. Wszystko to prowadzi do dość wyjątkowego stylu, którego głównym motywem są dobre melodie i dojrzałe (zaskakująco dojrzałe jak na debiutantów) brzmienia. Premierę pyty „No Air” poprzedzały trzy single, w tym prawie dziesięciominutowy „How It Ends”, które podobno spotkały się z dużym zainteresowaniem słuchaczy. Tak przeczytać można w ulotce. Sam zorientowałem się, że muzyka Perfect Storm jest jednak wybitnie „antysinglowa”. Trwającą godzinę płytę wypełnia siedem ambitnych i wyrazistych utworów, których długość rozciąga się od 7 do prawie 10 minut.

Mamy więc do czynienia z albumem utrzymanym w ambitnym stylu rockowym z mocno zaakcentowanymi progrockowymi elementami. Wyróżnikiem zespołu jest wokalny dwugłos: gładki rockowy głos pochodzącego z Syrii wokalisty Adela Saflou i lekko jazzujący śpiew wokalistki Hiske Oosterwijk współbrzmią ze sobą świetnie. Saflou przybył do Europy wraz z falą uchodźców z Syrii. Jak widać świetnie się zasymilował i znalazł swoje miejsce na ziemi. A że niespodziewanie w zespole rockowym, to tym lepiej dla niego i dla słuchaczy. To co wyczynia on w nagraniach „Mind’s Eye”, „Sun For Life” i „Hope” budzi najwyższy szacunek. Zresztą i w innych utworach jego głos, w połączeniu z efektownymi partiami instrumentalnymi, szalonymi gitarami i klawiszami oraz niezwykłym klimatem, w jakim utrzymana jest ta płyta, stanowi prawdziwą siłę napędową brzmienia grupy. Z kolei w tytułowym „No Air” śpiew Hiske Oosterwijk powoduje, że ręce same składają się do oklasków. Jej śpiew stanowi świetne połączenie z akompaniamentem fortepianu, cudownie przesuwającymi się tonami basowymi oraz mocnym klawiszowym solo. Rewelacyjnie zaśpiewana przez nią kompozycja tytułowa to bardzo mocny punkt programu tego albumu.

Innym charakterystycznym dla stylistyki zespołu elementem są płynne przejścia od rocka do jazzowego brzmienia z podwójną gitarą (świetny Gert-Jan Schurer), kołyszącymi się organami Hammonda (gra na nich Ard Offers) i pompującym, melodyjnym basem (David Klompmakers). Skład grupy uzupełnia perkusista Jesse Bosman. Wraz z dwójką wokalistów tworzą razem grupę muzyków wykazujących niesamowity poziom umiejętności technicznych, a także ogromną dojrzałość artystyczną. Świetnie prezentuje się to w utworze „Sun For Life” (pod koniec czwartej minuty rozpoczyna się jedna z najwspanialszych partii instrumentalnych na tym albumie), we wspomnianej już, chyba mojej ulubionej, kompozycji tytułowej oraz w zamykającej ten album, blisko dziesięciominutowej kompozycji „How It Ends”. Ta ostatnia to zdecydowanie najbardziej progresywny fragment tej płyty z zaskakującymi zwrotami akcji, zmianami tempa i z dużą ilością wolnej przestrzeni na indywidualne popisy poszczególnych muzyków.

Mówiłem już, że Perfect Storm to zespół nietuzinkowy? Mówiłem. To mówię jeszcze raz. Posłuchajcie. Na pewno nie pożałujecie.

MLWZ album na 15-lecie