Ryszard Kramarski Project, The - Books That End In Tears

Tomasz Dudkowski, Ryszard Kramarski Project, The - Books That End In Tears

Niejednokrotnie wspominałem już, że Ryszard Kramarski to bardzo płodny twórca i regularnie oddaje do naszych rąk nowe albumy Millenium czy też swojego solowego projektu. Szczególnie ten drugi zaskakuje systematycznością – począwszy od 2017, rokrocznie serwuje nam nowy krążek sygnowany nazwą tRKproject. Trzy z nich zainspirowane były książkami – “Mały Książę”, “Opowieść wigilijna" oraz “Królowa Śniegu". Wszystkie zostały nagrane (niektóre ponownie) przez Marcina Kruczka – gitary, Krzysztofa Wyrwę – bas (zastąpił on, grającego oryginalnie na dwóch pierwszych płytach Pawła Pyzika), Grzegorza Fiebera – perkusja oraz Ryszarda Kramarskiego – instrumenty klawiszowe i gitara akustyczna. Wszystkie dotychczasowe albumy ukazały się w wersjach z dwoma ścieżkami wokalnymi – na jednym dysku śpiewa Karolina Leszko, na drugim Dawid Lewandowski. Nie inaczej jest i tym razem. Ponownie otrzymujemy też krążki inspirowane literaturą. Czy znaczy to, że nie ma tu zaskoczeń? Ależ skąd! Po pierwsze, w przeciwieństwie do poprzednich płyt, teksty nie są oparte na, ogólnie ujmując, książkach dla dzieci. Czasy są raczej poważne, więc i takie pozycje wziął na warsztat Kramarski. Po drugie, jako, że jest to czwarta “literacka" płyta, to i inspiracji jest dokładnie tyle samo.

Zdarzyło się w roku 1984, że Władca Much odwiedził Folwark Zwierzęcy, aby doprowadzić tam niewinnego człowieka na Proces.

Właśnie te, wyróżnione we wprowadzającym tekście, dzieła literatury, stały się podstawą warstwy lirycznej wydawnictwa, którą stworzył według pomysłu Kramarskiego, Zbigniew “The Bat" Zabierzewski (znany m.in. ze współpracy z Metusem, a także mający swój udział w powstaniu debiutanckiego albumu Millenium, a konkretnie anglojęzycznej wersji utworu „Ekopieśń”). To kolejne novum. I jeszcze jedna, rzucająca się w oczy, różnica – tym razem liczba ścieżek została ograniczona do czterech, trwających 11-13 minut. Mamy zatem podobną konstrukcję jak na millenijnym albumie “Exist" z 2008 roku.

Zaczyna się od szumu fal, bzyczenia much i gilmourowskiej gitary na tle niepokojących klawiszowych plam. To wstęp do „Lord Of The Flies”. Potem wchodzi fortepian i spokojny śpiew:

„A forgotten Island

With forgotten children

We’ve begun to fight against

Our hidden fears”.

Oparta na powieści Williama Goldinga „Władca much” muzyczna opowieść o dzieciach, które jako jedyne przeżywają katastrofę lotniczą i lądują na bezludnej wyspie. O ich przemianie z grzecznych brytyjskich uczniów w potrafiących walczyć o przetrwanie rozbitków, o starciu dwóch koncepcji wydobycia się z opresji – racjonalnej, którą symbolizują Ralf i Prosiaczek oraz polegającej na bezwarunkowym poddaniu się rozkazom Jacka, uosabiającego najgorsze ludzkie cechy.

Nie będę tu dalej pisał o każdym z osobna fragmentach z fantastycznymi partiami solowymi klawiszy i gitar, które przeplatają się ze sobą, bo jest ich tu naprawdę wiele. Szczególnie polecam cudowny duet tych instrumentów w okolicach 9. minuty. W drugiej części kompozycji („Rumours of the Monster”) tekst jest czytany na tle dźwięków przypominający dziki rytuał. Na pierwszym dysku słowa czyta autor tekstów, Zdzisław Zabierzewski, na drugim fragment ten wygłasza Dawid Lewandowski. Zmiana nastroju nawiązuje do fragmentu, gdy Jack przejmuje faktyczne dowództwo nad rozbitkami:

„Jack i jego banda wyrostków przestają być mili,

Sprawiają, że słabsze dzieci czują się zastraszone.

Jack chce, żeby chłopcy go słuchali,

A ci co się sprzeciwią mogliby nawet zostać zabici.”

Niestety próba przemówienia do rozsądku Jackowi, kończy się tragicznie. Prosiaczek (Piggy) ginie, a Jack jest zmuszony do ucieczki przed wysłanych za nim zwolenników, a właściwie poddanych, Jacka:

„Piggy zamordowany, Piggy martwy,

A moje oczy zalewają się łzami.

Jesteśmy razem,

A później jesteśmy tacy samotni”.

Dym unoszący się nad wyspą, efekt pożaru, który wywołał Jack by wypłoszyć Ralfa, w końcu zwraca uwagę przepływającego nieopodal statku. Ralf i Jack zostają uratowani, ale już nigdy nie będą tacy sami jak wcześniej. Ralf płacze…

„Nie umiem się teraz powstrzymać

Od śmiechu przez łzy

Jesteśmy władcami much”.

Jeszcze powtórzony, z nieco zmienionym tekstem, fragment z początku pieśni na fortepianowym tle, szum fal i pierwsza opowieść dobiega końca.

Jako drugą otrzymujemy kompozycję „The Trial” inspirowaną książką „Proces” autorstwa Franza Kafki. To historia Józefa K., prawie 30-letniego prokurenta w banku, oskarżonego o zbrodnię, choć żadnej nie popełnił, i o zmaganiach się z bezdusznym aparatem „prawa”, a właściwie z nieograniczoną władzą sądu. Początkowo („Mr K.”) jest bardziej dynamiczna, z zadziorną gitarą. Wyciszenie następuje w drugiej części („Waiting for the trial”), w której robi się bardziej lirycznie. Bohater nie może doczekać się na proces lub choćby wytłumaczenie mu o co jest oskarżony:

„Oczekuję na proces od tygodni i miesięcy

Odkąd mnie wrobili w tę sprawę”.

W tej części szczególną uwagę należy zwrócić na krótki fragment zaczynający się około 7 minuty i 25 sekundy, w którym Pan K. zdaje się wyć z bezsilności. Trzecia część („Conversation with the Priest”) jest instrumentalna, a jednocześnie najbardziej mroczna. Finałowy fragment („Dying like a dog”), to powrót do melodii znanej z otwierającej części. Niestety opowieść nie kończy się szczęśliwie dla jej bohatera:

„Zakończenie powieści o Panu K.

Nie miało w sobie śladu splendoru,

Ponieważ został on zaszlachtowany

W głębi kamieniołomu tuż za miastem

Przez dwóch egzekutorów sądowych.

Nie było żadnego wyroku

Orzeczonego przez sędziego

Tylko dwóch eleganckim egzekutorów

Po prostu dokończyło zlecenie.

Zanim jednak K. ostatecznie skonał

Powiedział im obu:

‘Ach, umieram jak pies’.

Biedny K. za to, że stawiał zbyt wielki opór

Został zabity i umarł jak pies.

Sąd chciał, żeby stawił się na rozprawie

I przyznał do popełnionego przestępstwa.

Tylko, że żadnego nie popełnił.”

W kilku miejscach kompozycja przywołuje klimat jednej z najlepszych płyt Millenium – „Vocanda” sprzed 21 lat.

Pozostałe dwa utwory zostały zainspirowane dziełami George’a Orwella.

„Nineteen Eighty-Four”, to przedstawienie za pomocą muzyki i słów historii Winstona Smitha, członka Partii, pracownika Ministerstwa Prawdy, które zajmuje się „regulacją faktów” zgodnie z aktualną polityką Partii rządzącej Oceanią. Jest to jedno z trzech Państw, które zostały na świecie, i które prowadzą między sobą wojnę, tzn. gdy Oceania walczy z Eurazją, zawiera pakt ze Wschódazją i odwrotnie. Każda zmiana sojuszu wymaga korekt historii.

Pierwsza część otwierającej kompozycji, zatytułowana „Secret Diary”, jest spokojna z dużą ilością gitary akustycznej i fortepianu. W tle słychać wymawiane przetworzonym głosem lidera motto Wielkiego Brata:

„WOJNA TO POKÓJ

WOLNOŚĆ TO NIEWOLA

IGNORANCJA TO SIŁA”.

Potem przyspiesza, zachwycając pracą sekcji rytmicznej oraz zbudowaną z sampli wokalizą, a także klawiszowym solem, które wraz z kolejnym wyciszeniem ustępuje miejsca popisowi Marcina Kruczka, a który potem przeradza się w cudowny duet z Kramarskim. Poddany, jak wszyscy członkowie Partii Zewnętrznej (drugiej w hierarchii społeczeństwa Oceanii), całodobowej inwigilacji, Winston zaczyna pisać pamiętnik, w którym zapisuje swoje prawdziwe myśli:

„… od zawsze wiedziałem,

Że mój wróg to wy.

Karmicie mnie

Czystą nienawiścią i strachem, że Partia to moja powinność.

Nie wierzę już w wasze kłamstwa.

Uwaga, Wielki Brat nie śpi…”

Poznaje też Julię z Ministerstwa Prawdy, która tak jak on ma już dość Wielkiego Brata.

„A ta dziewczyna napisała mi krótki liścik,

Kocham cię – tylko tyle na nim było.

Na imię ma Julia i jest wystrzałowa.

Sypiamy w jednym pokoju i na jednym łóżku

Jesteśmy kochankami, ale skazanymi na zgubę za to, co robimy”.

Ta część, zatytułowana „Forbidden Love”, jest spokojna, mocno nastrojowa. I tu, jak na całym krążku, ręce składają się do braw za przepiękne solo na gitarze. Niestety, zgodnie z przewidzeniami, spokój kochanków nie trwa długo i zostają aresztowani. Wraz z trzecią częścią („Room 101”) następuje zmiana klimatu. Bohater trafia do tytułowego pokoju 101, w którym, poddany praniu mózgu oraz torturom, zostaje złamany, zdradza Julię i zostaje przywrócony do społeczeństwa, ale całkowicie odarty z własnych myśli i uczuć:

„Wypuścili cię żywego,

Ale bez twojego dawnego „ja”.

Nigdy nie będziesz taki sam.

Jesteś dobrym obywatelem,

Bo w piekle zrobili z ciebie kukłę zombie.

Pozbawione człowieczeństwa,

Puste oczy gapią się…

Uwaga, Wielki Brat słucha”.

Ta część „Nineteen Eighty-Four” jest najbardziej zróżnicowana. Początkowo mroczna, z gitarą kojarzącą się z floydowską „Ścianą”, potem przyspiesza zachwycając pracą sekcji rytmicznej oraz syntezatorową galopadą, by po chwili wyciszyć się pozostawiając więcej miejsca fortepianowi. Później uwagę przykuwa gitara, a zacytowany powyżej fragment tekstu śpiewany jest na tle organowych plam.

Album zamyka drugi z utworów inspirowanych twórczością Geoge’a Orwella, „Animal Farm”. Historia buntu zwierząt przeciwko ludziom, a konkretnie farmerowi Jonesowi rozpoczyna się dość sielsko. W pierwszej części słyszymy wygłaszane przez starego, dorodnego knura, tytułowego Starego Majora („Old Major”), nawoływania do buntu przeciw ludziom i stworzeniu świata, w którym będą rządzić zwierzęta i w którym żadne zwierzę nie skrzywdzi drugiego. Po śmierci knura zwierzęta decydują się wcielić w życie jego wizje i przejmują farmę. Niedługo cieszą się swobodą, gdyż coraz większą władzę zaczynają mieć świnie, a konkretnie Napoleon, który z pomocą wytresowanych przez siebie psów wprowadza na farmie terror. Szybko też rządzące świnie upodobniają się do ludzi, śpią w domu, chodzą na dwóch łapach i handlują z sąsiednimi folwarkami.

„Spójrzcie więc na ludzi i nasze świnie!

Wskażcie różnice, czy potraficie?

Co o tym myślicie?

Teraz świnie sypiają w domu,

Czują się jak lepsze zwierzęta

I handlują z ludźmi.

Czas wolności się skończył

We Folwarku Zwierzęcym”.

Ten czteroczęściowy utwór jest nieco mniej zróżnicowany, oparty na interesującej melodii granej na gitarze i wtórujących jej klawiszach, ale i tu mamy wyciszenie, we fragmencie, w którym cytowany jest „Zwierzęcy hymn” (tu ponownie możemy usłyszeć wokalizę). Nastój zmienia się też w części opisującej terror na Farmie, a zamykający całość, cytowany fragment o ludziach i świniach jest najbardziej wyciszony z dominującą gitarą akustyczną.

Tak dobiega końca, trwający 48 minut album. Zbudowany na solidnej rytmicznej podstawie, zawiera całe mnóstwo przepięknych solówek gitarowych oraz nieustępujących im popisów na instrumentach klawiszowych. Można by nimi obdzielić kilka płyt i nadal słuchacz byłby pod dużym wrażeniem. W porównaniu do wcześniejszych dokonań, nie ma u klasycznych piosenek, w których mielibyśmy standardowy podział zwrotka-refren. Co nie oznacza, że brak tu ciekawych melodii. Przeciwnie, jest ich tu bez liku.

Zawsze w przypadku dokonań Ryszarda Kramarskiego ważne są teksty, ale tym razem mają one jeszcze większe znaczenie. Stąd też tak obfita prezentacja tekstów w niniejszym opisie. Wszystkie utwory literackie łączy jedna cecha – nie mają happy endu (stąd też tytuł albumu). We „Władcy much” jeden z głównych bohaterów ginie, a większość chłopców zmienia się w okrutnych wojowników. W „Procesie” na Panu K. zostaje wykonany wyrok (choć żaden sędzia go nie ogłosił) mimo, iż żadnego przestępstwa nie popełnił. W „Roku 1984” Winston Smith zostaje złamany przez system. I wreszcie w „Folwarku Zwierzęcym” mieszkańcy wyzwolili się spod panowania człowieka, którego w efekcie zastąpiły nie mniej okrutne i chciwe, świnie. Jest jeszcze jeden wspólny mianownik – wszystkie pozycje dotykają totalitaryzmu i jego wpływu na jednostkę.

Wspominałem wcześniej o pracy muzyków, specjalnie na koniec pozostawiając sobie omówienie prezentacji tekstów przez oboje wokalistów. Trzeba przyznać, że partie wokalne w wykonaniu Karoliny Leszko są cudowne, mniej jest tu tych wszystkich ozdobników, które nie do końca przypadały mi do gustu na wcześniejszych wydawnictwach. Gdyby ukazała się wersja jednopłytowa, jak było w przypadku pierwszych wydań „The Little Prince”, „Sounds From The Past” i „Mr Scrooge”, to zachwytom nad wokalnym kunsztem nie byłoby końca. Ale tu mamy ponownie dwa dyski. I choć podtrzymuję wszystko, co napisałem o śpiewie na płycie z numerem 1, to jednak bardziej przekonuje mnie interpretacja tekstów w wykonaniu Dawida Lewandowskiego. Jego śpiew jest bardziej emocjonalny, a męski głos po prostu lepiej pasuje do tekstów, szczególnie w „The Trial” i „Nineteen Eighty-Four”. Polecam posłuchać fragmentu, gdy Winston i Julia zostają aresztowani i bohater błaga „gliniarzy” by nie krzywdzili jego ukochanej. Ciarki gwarantowane. A nie jest to jedyny taki moment na płycie. Chylę czoła przed pracą jaką oboje wykonali na tej płycie, jednak chętniej wracam do zawartości dysku drugiego.

Szatę graficzną ponownie stworzył Maciej Stachowiak. Na okładce widzimy pokój, w którym na stole leżą cztery książki (na jednej z nich siedzi mucha), a na ścianach wiszą obrazy symbolicznie ilustrujące każdą z nich. Mamy zatem górzystą wyspę („Władca much”), świnię („Folwark zwierzęcy”), oczy gapiące się z ekranu starego telewizora („1984”) i sędziego bez twarzy („Proces”). Na okładce, po raz pierwszy, widzimy też logo projektu autorstwa Tomasza Pabiana, kuzyna Kramarskiego. Jest on też twórcą symbolu Millenium, a w czasach Framauro był jednym z jego członków. W książeczce, również premierowo, obok anglojęzycznych tekstów umieszczono ich polskie tłumaczenia. Całość tradycyjnie zapakowana jest w gustowny digipack. Na jesień jest zapowiadana wersja winylowa albumu, na której usłyszymy duety Leszko i Lewandowskiego. Próbkę tego wydania poznali już słuchacze Małego Leksykonu, gdzie prezentowane były dwa utwory z tego wydania.

Polecam zastosować się do rady umieszczonej na naklejce i zapoznawać się z treścią rozkoszując się dźwiękami w słuchawkach, równocześnie czytając zamieszczone w książeczce teksty.

To bardzo przemyślany koncept, bez słabych momentów. Zgodnie z tytułem, nie jest to optymistyczny album, bo też i nagrany w mało pozytywnych czasach. „Books That End In Tears” należy bez wątpienia zaliczyć do największych osiągnięć Ryszarda Kramarskiego. Być może nawet należy uznać to wydawnictwo za jego największe dzieło.

MLWZ album na 15-lecie