White Moth Black Butterfly - The Cost Of Dreaming

Artur Chachlowski, White Moth Black Butterfly - The Cost Of Dreaming

Zbliża się tegoroczna kanikuła, w więc nie jest to zły czas na nieco inną niż zazwyczaj muzykę w naszych uszach. White Moth Black Butterfly to projekt, stworzony przez Daniela Tompkinsa, wokalistę grupy Tesseract, którego bijącym sercem jest muzyka eksperymentalna, alternatywna, transowa i… progresywna. Ale jeżeli już progresywna, to rozumiana nieco inaczej niźli wyłącznie poprzez pryzmat dokonań Genesis, Yes, Marillion czy Galahad. Jeżeli już miałbym użyć jakichś porównań, to powinienem wymienić takie nazwy, jak Massive Attack, Enigma, Sigur Ros, Muse, Tool, Dredg i Thrice…

Zaintrygowani? No to czytajcie dalej.

White Moth Black Butterfly łączy talenty autorów piosenek, wokalistów i producentów z całego globu. Każdy z nich ma inny muzyczny background, każdy pochodzi z innego muzycznego świata. Z Danielem Tompkinsem współpracują tu autor tekstów i producent z indyjskiego zespołu Skyharbor, Keshav Dhar, amerykański producent i aranżer Randy Slaugh, (który wcześniej współpracował m.in. z Devinem Townsendem), perkusista Mac Christensen, a skład uzupełnia brytyjska piosenkarka i autorka tekstów Jordan Bethany. Jakby tej różnorodności było mało, to na płycie pojawiają się jeszcze goście, też jakby z różnych muzycznych bajek: saksofonista Kenny Fong, mistrz syntezatorowych brzmień Eric Guenther i inni…

White Moth Black Butterfly zadebiutował osiem lat temu płytą „One Thousand Wings”, w 2017r. ukazał się wydany przez KScope album „Atone”, zaś najnowszy krążek „The Cost Of Dreaming” ujrzał światło dzienne 28 maja br.

Jak to w czasach lockdownu bywa (bywało?..) został on skomponowany zdalnie, poprzez regularne udostępnianie plików internetem oraz w trakcie spotkań online (to chyba prawdziwe novum wygenerowane w świecie muzyki przez lockdown). Na „The Cost Of Dreaming” można dostrzec pewną brzmieniową ewolucję w dorobku zespołu, ale jednocześnie nowy album zachowuje podstawowe elementy z poprzednich nagrań: organiczne sekcje smyczkowe i eksperymentalne motywy łączący poszczególne utwory. A jest ich na tej płycie aż czternaście, wszystkie krótkie, trzy-czterominutowe, pełne dynamiki, zmieniających się klimatów, muzycznych barw, odcieni i przykuwające uwagę słuchacza od początku do samego końca.

Urok muzyki White Moth Black Butterfly tkwi w uzupełniających się kontrastach. Muzycy w niezwykle płynny sposób żonglują popową stylistyką i eksperymentalnymi, soundtrackowymi pejzażami dźwiękowymi. Trochę tu transu, szczypta elektroniki, odrobina ambientu, i stylistyczne wycieczki w strefę muzyki dance. Daje to niesamowity efekt: mamy tu do czynienia z muzyką wybitnie eksperymentalną, ale przystępną, a chwilami wręcz genialną (wystarczy posłuchać dwóch zamykających płytę tematów – „Bloom” oraz „Spirits”), a delikatność wokalu Tompkinsa na tle zaprogramowanych bitów, lirycznie brzmiących smyczków i pulsującej elektroniki stanowi jeszcze jeden istotny kontrast potęgujący siłę rażenia tego materiału. „The Dreamer”, „Soma”, „Darker Days”, „Under The Stars”… - to tylko kilka pierwszych z brzegu piosenek, będących dowodem na to, że mamy do czynienia z albumem niezwykłym.

Włączcie tę płytę, a słuchać jej będziecie z wypiekami na twarzy. Spodziewajcie się na niej niespodziewanego. Moim zdaniem to idealna rzecz, by zapakować ten krążek do walizki i wybrać się z tymi dźwiękami na długą wakacyjną eskapadę.

Czego wszystkim z całego serca życzę.

MLWZ album na 15-lecie