Single Celled Organism - Percipio Ergo Sum

Artur Chachlowski, Single Celled Organism - Percipio Ergo Sum

Trzy i pół roku temu pisałem o pierwszej płycie niemieckiego Single Celled Organism pt. „Splinter In The Eye” jako o jednym z najciekawszych artrockowych debiutów płytowych 2017 roku. Minęło trochę czasu i… nie zmieniło się nic. No, może poza tym, że mamy do czynienia już z nie z debiutantami, a z wytrawnymi muzykami, który doskonale wiedzą o co w tym całym progrockowym świecie chodzi. A więc zacznę bez ogródek: najnowsza płyta Single Celled Organism zatytułowana „Percipio Ergo Sum” to zdecydowanie jedna z najlepszych nowych płyt, jakie usłyszałem w pierwszej połowie tego rocku.

Ale po kolei…

„Percipio Ergo Sum”, podobnie jak jego poprzednik, jest albumem koncepcyjnym i kontynuuje historię z poprzedniej płyty, która zakończyła się zainfekowaniem ludzkiej populacji śmiercionośnym wirusem (szok! Przypominam, że album „Splinter In The Eye” został wydany w 2017 roku!). Główni bohaterowie, Doktor Barnaby oraz 20-letnia dziewczyna żyjąca przez większość czasu w przymusowym odosobnieniu, jako nieliczni przeżyli upadek cywilizacji i próby jej odbudowy. Cierpią – każde inaczej i każde z innego powodu. Ten „nowy wspaniały świat” nie podoba się obojgu, ale każde przeżywa to na różne sposoby. Doktor Barnaby to postać dwuznaczna, przeżywa dylematy związane ze swoją przeszłością i prowadzeniem zakazanych eksperymentów. Młoda dziewczyna, poniekąd jego ofiara, ze swoim postrzeganiem nowego porządku, po kilkunastu latach przebywania w odosobnieniu i po przeprowadzanych na niej eksperymentach (bez świadomości o istnieniu świata zewnętrznego) nie może odnaleźć się w nowej rzeczywistości. Zasadniczo różni się ona od innych ludzi, którzy stali się bezmyślnymi istotami. Odkrywa, że aby zrozumieć nowe porządki już nie wystarczy kierować się kartezjańskim światopoglądem („cogito ergo sum” = „myślę, więc jestem”), lecz trzeba czegoś więcej. „Percipio ergo sum” („postrzegam, czyli jestem”) staje się jej życiowym credo. Widzi siebie jako część całości i definiuje siebie poprzez interakcję z innymi ludźmi. Udaje się jej opuścić tzw. Civil Zone, w których żyją bezmyślni, zaczipowani ludzie i odnajduje się w nietkniętej ludzką ręką, dzikiej przyrodzie. Z początku przestraszona i niepewna, ale potem spokojna i szczęśliwa znajduje swoje miejsce z dala od świata urządzonego według nowych reguł przez bezmyślnych ludzi… Brzmi to wszystko wizjonersko. I jakże współcześnie, prawda?... Po szczegóły całej historii odsyłam Was na stronę internetową (https://singlecelledorganism.com/the-story) Jensa Luecka – pomysłodawcy tej opowieści oraz muzycznego mózgu projektu o nazwie Single Celled Organism.

A muzyka?

Postaram się opisać to najprecyzyjniej jak można. Proszę nie dziwić się moim zachwytom, ale płyta, jako całość, prezentuje się znakomicie. I nie, żebym był akurat głodny, lecz ilekroć słucham tego albumu, mam świadomość uczestniczenia w jakiejś wytwornej uczcie. Album „Percipio Ergo Sum” to wspaniała i znakomita muzyczna potrawa podana na ogromnym talerzu (62 minuty muzyki) pełnym smaczków utrzymanych w stylu neoprogresywnego rocka. To prawdziwa muzyczna uczta składająca się z jedenastu pysznych porcji - wspaniałych, pełnych bogatych aranżacji, świetnych melodii i dźwiękowych pejzaży nasyconych kolejnymi następującymi po sobie falami przysmaków: bardzo melodyjnymi tematami i znakomicie skonstruowaną instrumentacją. Muzyka otulona jest w doskonale wykonanych kwiecistych partiach klawiszy (gra na nich, a także na gitarach, basie i perkusji sam Jens Lueck) przeplatanych aromatem sekwencji akordów gitarowych (dwaj świetnie grający gitarzyści: Ingo Salzmann i Johnny Beck). Często pojawiają się też wokalne modulacje, pełne rozmachu smyki (Katja Flintsch gra na skrzypcach i altówkach, a Olek Bakki na wiolonczeli), doświadczamy licznych zmian tempa i nastrojów, tu i owdzie pojawiają się sekwencery (rekordery obsługiwane są przez Volkera Kuinke), a także akustyczne dźwięki, w tym brzmienia nylonowych strun gitary (Jürgen Osuchowski). Perkusja też gra znakomicie (posłuchajcie przejść w „The Final Door” – nie powstydziłby się ich sam Mike Portnoy), nawet gitara basowa wydaje się pełnić tu niebagatelną rolę i gra w idealnej harmonii z soczystymi partiami elektrycznych gitar i obfitością klawiszowych dźwięków. Przez cały czas muzyka utrzymuje swój z góry wytyczony kurs, jakim jest zapewnienie niezwykle melodyjnych doznań i sonicznego uduchowienia. Tu wszystko jest na swoim miejscu, każdy niuans zgadza się, a każdy element tej dźwiękowej układanki pasuje do drugiego.

Ale najważniejsze są wokale. Męski głos należy oczywiście do Jensa Luecka. Jego ekspresja i sposób artykulacji są idealnie dopasowane do tonu muzyki, dzięki czemu poszczególne części tej muzycznej opowieści są nie tylko znakomicie wykonane, ale płynnie łącząc się ze sobą i zazębiając się, niepostrzeżenie przechodzą jedne w drugie. Ale jest jeszcze jedna bardzo ważna, śpiewająca, osoba - pani Isgaard Marke. Już na poprzedniej pycie Single Celled Organism zachwycała swoim śpiewem i sposobem artystycznej interpretacji. To, co demonstruje na płycie „Percepio Ergo Sum” to prawdziwe mistrzostwo świata. To wokalistka o najpiękniejszym głosie, pełnym zaangażowania, rozmachu i niesamowitej ekspresji (od szeptu po krzyk). Duety Isgaard i Jensa oraz te fragmenty, które śpiewają oddzielnie są prawdziwą ozdobą tej płyty.

Podkreślmy jeszcze znakomitą produkcję, bogate aranżacje oraz to, że poszczególne utwory są doskonale dopracowane i wykonane jakby na wielu płaszczyznach złożoności i zaskakującej finezji. Nie sposób wyróżnić żadnego z nich. To ten rodzaj płyty, którego prawdziwą siłą jest ciągłość i klimat budowany przez następujące po sobie kompozycje. A są one jak dokładane do siebie klocki; kolejne fragmenty tego albumu budują napięcie i prowadzą do fantastycznego punktu kulminacyjnego, na który składają się dwa finałowe tematy: długi i dynamiczny (blisko dziewięciominutowy „Entanglement Runs Off”) i krótki, liryczny (niespełna trzyminutowy „Inhale The Dark”). Obfitość muzycznej wspaniałości. Nic dziwnego, że całość układa się w jedną z najciekawszych progrockowych płyt pierwszych sześciu miesięcy tego roku.

MLWZ album na 15-lecie