D Project

Castanarc - The Sea Of Broken Vows

Artur Chachlowski, Castanarc - The Sea Of Broken Vows

Po ponad 30 latach przerwy od poprzedniej płyty ukazał się album „The Sea Of Broken Vows” legendarnej, a w pewnych kręgach kultowej już, brytyjskiej grupy Castanarc. Nasi uważni słuchacze pewnie pamiętają, że swego czasu wielokrotnie (o ile dobrze pamiętam, to ostatnio w ubiegłorocznej Zagadkowej Środzie) prezentowaliśmy w MLWZ utwory z pierwszej, wydanej w 1984 roku płyty „Journey To The East” (angielskojęzyczna recenzja autorstwa Keva Rowlanda pod tym linkiem). Potem były jeszcze dwa kolejne albumy (wydane w latach 80.) i teraz, po latach, nadszedł czas na wielki muzyczny powrót.

W obecnym składzie Castanarc mamy dwóch wieloletnich członków zespołu i jego założycieli: Mark Holiday śpiewa, a David Powell gra na instrumentach klawiszowych. Podstawowy skład uzupełnia gitarzysta John Spence, a w gronie dodatkowych muzyków znajdujemy innego wieloletniego członka Castanarc – Neila Duty (g) oraz – tu ciekawostka – znaną z wczesnego wcielenia Mostly Autumn, grającą na flecie Angelę Gordon. Wszyscy grają jakby czas zatrzymał się jakieś 30-40 lat temu… Grają i rewelacyjnie wykonują tą swoją delikatną, melodyjną i spokojną, elegancką wersję prog rocka.

Od razu powiem, że nie jest to album z kategorii ‘wybitny’ czy ‘ponadczasowy’. Nie ma wcale takich ambicji. Ale autentycznie cieszy. Cieszy, bo takie powroty po ponad 30 latach niebytu muszą cieszyć. Zresztą do wielkiego muzycznego comebacku zespół Castanarc przymierzał się już wcześniej, obiecywano to fanom wielokrotnie, ale zawsze coś stawało na przeszkodzie (czyżby tytuł nowej płyty - „The Sea Of Broken Vows” – po polsku: ‘morze niespełnionych obietnic”, nawiązywał do tego?). Lepiej jednak późno niż wcale…

Zapowiedzią płytowego powrotu grupy Castanarc była wydana przed rokiem kompilacja starszych, niewydanych wcześniej, nagrań oraz nowych miksów pt. „Water From The Well”, lecz teraz mamy do czynienia z absolutnie premierowym materiałem. Cała płyta „The Sea Of Broken Vows” to zbiór bardzo spokojnych i refleksyjnych, krótkich (4-5 minut) piosenek. Choć akurat otwierający całość utwór „A Song Rings Out” tylko zaczyna się spokojnie: odgłosami spadających kropel wody i liryczną atmosferą dźwiękowego tła, by po chwili potężne uderzenie syntezatorów zdominowało klimat tej piosenki. To utwór pełen radości z nadchodzącego lata, afirmacja radosnego życia, w sam raz na początek tego albumu. Oparte na piosenkowym repertuarze dzisiejsze brzmienie grupy Castanarc jest zorientowane na klawisze, gitary pełnią funkcję, rzekłbym, pomocniczą. Ale w tym akurat utworze „rzeźbią” w sposób niezwykle przyjemny. Kolejne piosenki są spokojne, snują się leniwie i nieśpieszne, a tym samym kreują naprawdę miłą dla ucha atmosferę całej płyty. Czasem trochę zahaczą o celtycko-folkowe terytoria („In This World”), tu i tam odezwie się nutka pop music podkręcona saksofonem (jak w utworze „The Ascent Of Man”), gdzieś w powietrzu unosi się duch muzyki duetu Simon & Garfunkel, czasem da się odczuć pewne przyspieszenie i pojawia się utwór utrzymany w żywszym tempie („The Walking Of The Earth”), lecz cały czas nad całością unosi się duch melodyjnego, spokojnego i pełnego elegancji prog rocka.

Każdy utwór jest wart uwagi. A jest ich w programie nowego albumu aż 11 i trudno spośród nich wskazać zdecydowanego faworyta. Być może na takie miano zasługuje trącący epickim rozmachem „Light The Fire”, być może za takiego uważany być może wspomniany już wcześniej, tak bardzo efektownie otwierający tę płytę, „A Song Rings Out”, a być może na specjalne wyróżnienie zasługuje autentycznie wzruszający „Walking With Angels”? A może bardzo liryczne zakończenie w postaci piosenki „For The Want Of A Nail”? Albo osadzony w onirycznej atmosferze utwór tytułowy? Albo chyba najlepiej reprezentujące klimat tej płyty i cechujące się charakterystycznym muzycznym ‘wycofaniem’ utwory „Lost Tears” i „Full Circle”?... Jak już powiedziałem, wszystkie nowe piosenki Castanarca godne są uwagi i wszystkie dostarczają słuchaczowi mnóstwa niezapomnianych wrażeń potęgowanych instrumentalną i wokalną ekstrawagancją, która idealnie sprawdza się w te upalne dni rozpoczynających się właśnie słonecznych wakacji.

To taki prog rock z nutką retro, ale nie w tym sensie, że nakierowany jest na analogowe, melotronowe brzmienia i oldschoolowe instrumenty. Castanarc nie zmienił się nic w tym sensie, że przez 40 laty zaczynał jako zespół wpisujący się w nurt „odrodzenia rocka progresywnego”, do którego przyklejono łatkę ‘neo prog’ i… w zasadzie nic nie zmienił się przez te długie lata nieobecności na muzycznej scenie brytyjskiego rocka. Nawet głos starszego o ponad 30 lat Marka Holidaya wydaje się równie młodzieńczy, jak kilka dekad temu. I dobrze, bo „The Sea Of Broken Vows” to płyta dokładnie taka, na jaką wielu takich zapaleńców jak ja czekało z utęsknieniem. I myślę, że nie zawiedliśmy się ani trochę.

MLWZ album na 15-lecie