Syndone - Kama Sutra

Artur Chachlowski, Syndone - Kama Sutra

Kierowany przez włoskiego muzyka Nika Comoglio zespół Syndone ma już w swoim dorobku osiem pełnowymiarowych albumów, z których kilka („La Bella è la Bestia” (2012), „Odysséas” (2014) i „Eros & Thanatos”” (2016)) przedstawialiśmy na naszych łamach. Wszystkie one – choć brzmienie Syndone do pewnego stopnia nawiązuje do twórczości tria Emerson Lake & Palmer - wykraczają poza oczywiste gatunkowe granice i kanony. Podobnie jest z  najnowszym, wydany przez legendarną wytwórnię Manticore, albumem zatytułowanym „Kāma Sutra”. Tym razem intrygująca jest nie tylko muzyka, ale i rozpalająca zmysły tematyka tego koncept albumu…

Wiadomo… „Kāma Sutra” jest prawdziwą Biblią seksualności. Dla Hindusów stanowi prawdziwe kompendium sztuki kochania i osiągania przyjemności seksualnej w pełnej harmonii z ich kulturą i religią. Kultura ta nadal uważa miłość we wszystkich jej najbardziej naturalnych przejawach, od poezji, przez śpiew, taniec, malarstwo, rzeźbę, jako boską świętość prokreacji i afirmację życia, realizowaną także poprzez erotyczną przyjemność. Ale nie o warstwie literackiej tego albumu, lecz o samej muzyce wypełniającej ten album chciałbym skreślić dziś kilka słów.

Dla zespołu Syndone tekst Kamasutry stał się pretekstem do tego, by przedstawić muzyczne obrazy i zdarzenia ilustrujące historie, wśród których spotykamy miłosne bóstwa, erotyczne symbole i idące z nimi w parze przyjemność, afirmację seksualności i ekstazę duchowego spełnienia. Syndone ma wyraźną tendencję do ożywiania ducha klasycznie rozumianego progresywnego rocka formułami, które mają niewiele wspólnego z  rockiem. Muzyka często podąża w niespodziewanych kierunkach, zawija do nowych, niezbadanych portów i proponuje zaskakujące dźwięki układające się w 11 muzycznych tematów charakteryzujących się rockowym tłem, często z rozbudowanymi klasycznymi otwarciami (czasami granymi na smyczkach), połączonych w bardzo wyrazistą muzykę, z ciekawym, często teatralnym, wokalem i tym samym łączy te wszystkie elementy  w oryginalny i  dość innowacyjnie brzmiący produkt. Wynika to głównie z silnej dominacji syntezatorów i melotronu w poszczególnych utworach na płycie, w których jednak od czasu do czasu można usłyszeć melodyjne, orkiestrowane fragmenty muzyki klasycznej (gra budapeszteńska orkiestra symfoniczna pod dyrekcją Francesco Zago), chociażby takie jak w dwóch instrumentalnych tematach „Carousel” i „2 thousand 10”.

Liczne wypady poza rockowe terytoria przeplatają się z zamaszystymi dźwiękami organów Hammonda (Nik Comoglio raz po raz cytuje Johna Lorda, bądź Keitha Emersona), chóralnymi fragmentami (dalekie echa Queen), saksofonowymi partiami w wykonaniu samego Davida Jacksona (w utworze „Sex Toys R Us”) i ładnymi wokalnymi tematami (śpiewa Riccardo Ruggeri, czasem w duecie z wokalistką Annie Barbazza – szczerze polecam epicki fragment zatytułowany „Into The Kama”). Wszystko to jest prawdziwym dowodem dającym świadectwo autentyczności i pomysłowości nowego materiału grupy Syndone.

Nieoczywista muzyka Syndone, wsparta analitycznymi i głęboko intelektualnymi tekstami Ruggeriego jest czymś naprawdę bardzo zaskakującym. Obok pojedynczych muzycznych perełek (m.in. „It’s Only Make Believin’”, „We Are The World We Created” czy  akustycznej kołysanki „Peace On Earth”, która stanowi liryczne zakończenie płyty opowiadające o spokoju i miłości do wszystkich ludzi na ziemi), które lśnią radością i bólem, słodyczą i goryczą, przez cały czas trwania płyty (44 minuty) płonie żywy, gorący ogień prawdziwego, tradycyjnie rozumianego, progresywnego rocka. W dodatku bardzo intrygującego, choć – podkreślmy to jednoznacznie – nie zawsze łatwego w odbiorze… 

MLWZ album na 15-lecie