VOLA - Witness

Maciek Lewandowski, VOLA - Witness

Zespół VOLA zwrócił moją uwagę już jakiś czas temu, kiedy to występował na trasie koncertowej wspólnie z Katatonią. Przyznaję jednak, że nie zgłębiłem wystarczająco szczegółowo ich dorobku artystycznego aż do dnia, kiedy to ujrzałem niezwykle sugestywną, intrygującą swoją prostotą, a jednocześnie magnetyczną okładkę ich najnowszej płyty pt. „Witness”. Zaledwie dwa kolory: czerń i biel – światło i cień. Dwie najbardziej odległe od siebie barwy - niczym dwa różne światy. I taka dokładnie jest ich muzyka - brutalne, metalowe riffy oraz ciepłe, wręcz synthpopowe dźwięki.

VOLA (duże litery to właściwa stylizacja i forma) to duńsko–szwedzki kwartet, który powstał w 2006 roku w Kopenhadze. Po kilku przetasowaniach personalnych w początkowym etapie działalności, zespół obecnie tworzą trzej Duńczycy: Asger Mygind (wokal i gitary), Martin Werner (klawisze) i Nicolai Mogensen (gitary basowe) oraz jeden Szwed - Adam Janzi (perkusja). Jeśli chodzi o pełnowymiarowe wydawnictwa, to zadebiutowali w 2015 roku albumem „Inmazes”, który był mocno inspirowany stylem określanym jako djent-metal, podgatunkiem metalu progresywnego, za którego prekursorów uważa się szwedzką kapelę Meshuggah. Druga płyta VOLI z 2018 roku, „Applause of a Distant Crowd”, to już zdecydowanie większe wykorzystanie syntezatorów oraz ewidentne poszukiwanie recepty na własny styl gry i miejsce w szerokim spektrum nowoczesnego metalu.

Najnowsze, tegoroczne wydawnictwo „Witness” to zdecydowanie najbardziej dojrzała płyta zespołu. Wielowymiarowa pod względem stylów, inspirowana tak wieloma wpływami przeróżnych artystów, że gdyby zacząć wymieniać ich nazwy, to zapewne powstałaby zamiast niniejszej recenzji niezła muzyczna wyliczanka, a nawet miniencyklopedia. A ponieważ sam gitarzysta i lider Asger Mygind otwarcie wyznaje, że jest wielkim fanem Stevena Wilsona, naturalne mogą pojawić się skojarzania z przebogatą twórczością „bosonogiego” Stefana, ale proszę mi wierzyć, choć na okładce królują tylko dwa kolory, to muzyczna paleta tej płyty jest zdecydowanie wielobarwna. Jeśli zaś chodzi o liryczną treść, to według samego zespołu, „Witness” porusza temat nieudanych związków, jak również relacji na poziomie społecznym, a w szczególności tych między przywódcami, a wręcz wyznawcami lub, innymi słowy, politykami i ogółem społeczeństwa. I choć nie brzmi to nazbyt optymistycznie, to muzyka z jednej strony swoją siłą, a drugiej delikatnością, potrafi to umiejętnie wyważyć i zrekompensować.

Album inicjuje wymarzony wręcz do tej roli utwór "Straight Lines”. Pełen szalonej energii i mieszanki surowej zwrotki z melodyjnym refrenem. To ożywcze progmetalowo–popowe granie z galopującą wręcz perkusją, ostrym progresywnym riffem i ekstrawagancko brzmiącymi syntezatorami, które w samej końcówce raczą nas genialnym solo.

„Head Mounted Sideways” błyszczy wręcz od mocy basu Nicolaia Mogensena i perkusji Adama Janziego, którzy dominują nad całością kompozycji. Przetworzony w pierwszej fazie wokal wprowadza nieco niepokojący nastrój, który stosunkowo szybko przechodzi do naturalnej i bardziej spokojnej barwy. Niemniej oparte na sekcji rytmicznej brzmienie pcha niczym buldożer cały utwór poprzez skomplikowane struktury do samego praktycznie końca i tylko ostatnie sekundy dają wytchnie od tej basowo-perkusyjnej „niewoli”. Można poczuć tu klimat Haken z okresu płyty „Vector”, zmieszany z melancholijnymi i brudnymi dźwiękami fortepianu, zachowującymi niemal to Wilsonowskie dekadencko-progresywne brzmienie.

"24 Light Years" opiera się na wyrafinowanej strukturze perkusji oraz na melodyjnym, potężnym i, dla kontrastu, niezwykle delikatnym refrenie. A kiedy w końcu, w drugiej części kompozycji dochodzi do „głosu” gitara ze swoim jednym najbardziej wciągającym riffem na całym wydawnictwie, słyszymy niezwykle przejmujące i jakże aktualne wersy:

„…Move this table

Change this label

Is there something new?

Bleach this surface

Pale and nervous

Are you lonеly too?

 

I could leave this house, but I won’t

Thеre’s an echo that seems to live on

24 footprints obtained...

 

I could leave this house, but I won’t

There’s an echo that seems to live on

24 footprints obtained

24 light-years remain”

 

Sporym zaskoczeniem jest kolejny utwór - „These Black Claws”. To właśnie tutaj wszechobecna, zapętlona elektronika oraz ostre metalowe dźwięki przypominające dokonania Korna łączą się z hiphopowymi frazami wykonywanymi przez zaproszonego na płytę gościa - holenderskiego rapera Shahmena. To utwór pełen kontrastów i choć niezwykle treściwy, sprawiający wrażenie nieustanie wzmacnianego swą siłę, to wyróżniający się przede wszystkim tym naprzemiennym śpiewem Myginda i deklamacją Shahmena.

„Freak” w porównaniu do swoich poprzedników jest zdecydowanie bardziej jednorodny. To solidny, nostalgiczny, dryfujący wręcz za pomocą melodii, kawałek. Przyjemny i niezwykle przebojowy, w dużej mierze dzięki płynnym przejściom, z uroczym gitarowym Wilsonowym solo. Gdyby była to rzeczywiście kompozycja Stefana, to zapewne odnaleźlibyśmy ją na płycie „To The Bone”, albo jeszcze wcześniej, na albumach Porcupine Tree z okresu „Stupid Dream” i „Lightbulb Sun”. To świetny radiowy kawałek, z kapitalną frazą, będącą jakże aktualnym komentarzem naszych czasów, przesiąkniętych przez te cholerne, wszechobecne social media:

I took your mask away

And you became this

Underwhelming freak

That we will not miss

I took your mask away

And you became this

Underwhelming freak

That we will not miss

 

Your pain is a meme

Your proof is a constant bore

You're spoiling the end

Of episode one to four

I'm out of reach

But you still drag me down

I'm under siegе

But here I stand my ground”

„Napalm” to kolejny niepozbawiony przebojowości utwór, choć więcej tu metalowej stylizacji, od której ciężkości momentalnie uwagę odwraca misterna melodia. Zaczyna się ambientowo, a następnie przechodzi w ciężki riff i popowe rejony. Takie rozwiązanie to wręcz rzemieślniczy szlif, stający się znakiem rozpoznawczym dokonań VOLI, a w tym przypadku urozmaicona 7-strunową gitarą barytonową plus djentowe riffy, chwytliwe tony i matematyczna wręcz perkusja.

„Future Bird” imponuje perfekcyjnym balansowaniem pomiędzy nowoczesnym metalem, progresywnymi strukturami i wpasowanymi tutaj idealnie delikatnymi melodiami. Unosi się tu zdecydowanie skandynawski klimat twórczości grupy Leprous. To także jeden z najbardziej przejmujących lirycznie momentów albumu. Przeszywająca serce emocjonalna opowieść o parze, która straciła nienarodzone dziecko. Rozdzierający ból, ale i przebłysk nadziei, zderzają się muzycznie w sposób przyprawiający słuchacza wręcz o gęsią skórkę:

Looking for a way

To follow your delay

In expression

Your eyes are in a feud

Culturally approved

Indiscretion

Vapour in your face

Uneasily in place

In the armchair

Calling out a name

The one you would have framed

Had he been here

 

Damian

All I ever wanted was control

Future bird

Why are you impossible to hold

 

Flowers in your hand

A poison from the land

Of the end street

Let all the fallen rise

And fingers stabilize

'Till we all meet

A polyester bear

Would greet him in his lair

On the third floor

We dream of cellophane

Wake up in ball and chain

For a day more

 

Damian

All I ever wanted was control

Future bird

Why are you impossible to hold?

 

The ravens are out tonight

Playful and wild

A mother has lost a light

Surrounding a child

Kolejne nagranie, „Stone Leader Falling Down”, zaczyna się riffem nasuwającym skojarzenia z Deftones. To najbardziej agresywne oblicze VOLI. Zawierające bardziej wymagające, momentami dramatyczne przejścia i krzywe struktury. Słychać w nim nawiązania do Opeth i Meshuggah, co wcale nie oznacza, że VOLA to zespół, który cokolwiek kopiuje, a wręcz przeciwnie, to bardzo ważna inspiracja dla Asgera i kolegów, dzięki której zdobywają pomysły, aby stworzyć z nich coś zupełnie nowego.

To kompozycja mówiąca dobitnie i otwarcie o nadużywaniu władzy. Temat jakże aktualny i jednocześnie rozpalający niekiedy już do czerwoności dyskusje pomiędzy oponentami. Serce mi osobiście krwawi, że dożyliśmy czasów, w których niestety nie jesteśmy w stanie wymieniać własnych poglądów w sposób godny cywilizowanych ludzi. Wszelkie spory zaczynają przypominać pełną agresji walkę plemienną, pozbawioną coraz to bardziej wszelkich zasad. To naprawdę niebezpieczny problem, wymykający się spod kontroli na całym globie, czego symbolem stało się wtargnięcie 6 stycznia br. zwolenników Trumpa do Kapitolu, siedziby Kongresu. Konsekwencją tych zamieszek była śmierć 5 osób…

„… You'll see the end of your round

You'll see the purpose we found

We'll scatter rocks on the ground

Another stone leader falling down”

Grany w średnim tempie utwór „Inside Your Fur”, który dzięki hipnotycznej melodii i epickiej rozpiętości (choć trwa dokładnie pięć minut) zamyka album, stanowiąc doskonały finał. To gigantyczna popowa piosenka z płonącymi prawdziwym muzycznym ogniem gitarami. Usłyszymy w niej m.in. świetne partie klawiszowe Martina Wernera, uzupełnione jak zwykle kapitalnym refrenem i melodiami, za którymi można zatęsknić zaledwie już po chwili i włączyć ponownie przycisk PLAY.

„Witness” to niezaprzeczalnie szczytowe osiągnięcie kwartetu VOLA. Pomimo spójnego i ogólnego brzmienia, album swobodnie przekracza granice gatunków, oferując drapieżne, wysokie riffy, wspaniałe harmonie wokalne, gładkie popowe melodie, a nawet element hip hopu. Szczególnym znakiem rozpoznawczym VOLI staje się znakomita muzykalność. Choć średni czas trwania utworów to około 5 minut i wiele z nich ma charakter zbliżony do tradycyjnej piosenki, to emocjonalny rollercoaster wypełnia praktycznie każdą z nich. Ten liryzm wyrażony za pomocą z pozoru odległych muzycznych światów, wręcz wylewa się z każdej kompozycji. Nie irytuje, a magnetycznie przyciąga. Wkręca się i zakorzenia tak umiejętnie w umysł słuchacza, że można odnieść wrażanie bezpośredniego wkroczenia w ten djentowo-prog metalowy świat na cały czas trwania płyty.

Od pierwszej elektronicznej nuty i ataku metalu w „Straight Lines”, po ostatnie hipnotyczne dźwięki „Inside Your Fur”, mamy do czynienia z płytą wyjątkową. Dojrzałą i wielowymiarową, która posiada wszelkie referencje, aby VOLA stała się nową błyskotliwą marką w muzycznym świecie. To bez wątpienia jeden z najbardziej ekscytujących zespołów we współczesnym prog metalu.

Dla mnie osobiście muzyka powinna spełniać jeden, za to najważniejszy warunek - musi być autentyczna i szczera! VOLA takową okazuje się tworzyć od samego początku, pomimo niezliczonej ilości porównań i wszelkich łatek przypiętych przez krytyków. I choć te popowe, melodyjne oblicze może złudnie sugerować, że przy takiej muzyce łatwo będzie się nam zrelaksować, to ja absolutnie nie mogę tego uczynić. Wolę zdecydowanie w VOLI podziwiać te wszystkie smaczki, mniej lub bardziej skomplikowane, kiedy trzeba subtelne, a gdy przychodzi odpowiedni czas, złożone i wściekle energetyczne.

„Witness” to efekt bardzo dobrze zrealizowanych pomysłów Asgera Myginda, który jednocześnie wcielił się w rolę producenta. Za ostateczny mix i mastering odpowiedzialny jest Jacob Hansen, znany m.in. ze współpracy z Volbeat, Delain i Amaranthe. Wspomniani panowie sprawili, że płyta brzmi potężnie i hipnotycznie, ale nigdy sterylnie czy klinicznie. VOLA dobitnie udowadnia tym krążkiem, że nowoczesna hybryda metalu progresywnego, może nas czarować nawet bez przesadnie długich, gigantycznych kompozycji, zamykając się finalnie w analogowym czasie trwania albumu, wynoszącym blisko 45 minut.

Jest to album z gatunku tych, które chce się słuchać raz za razem. Okraszony świetnymi, jakże aktualnymi tekstami, jest mieszanką surowej, niekiedy pozornie sennej atmosfery z chwytliwymi, soczystymi melodiami. Wyważone to zostało perfekcyjnie. Najważniejsze, że pomimo tych wyraźnych wpływów popu, VOLA nie popada w pułapkę kiczu czy nadmiernego optymizmu. Ale za pomocą tych środków perfekcyjnie szkicuje coś w rodzaju tęsknoty za romantycznym klimatem, który podchodząc do obecnych problemów, z elegancką rozwagą w swojej poezji, zmienia kontrowersyjne kwestie, bez względu na ich skalę, w wielki magiczny pożar słów. Dzięki tym wszystkim zabiegom album „Witness” osiąga to, do czego był zaplanowany: krzyczy i koi jednocześnie. A nam, słuchaczom, pozostaje tylko pochylić z podziwu czoło i pogratulować zespołowi, który, mam wielką nadzieję, wkracza tym krążkiem do muzycznej elity ambitnego, nowoczesnego, kreatywnego prog metalu.

Okazuje się, że Duńczycy nie tylko na tegorocznym piłkarskim EURO pokazali swój prawdziwy charakter i klasę. „Witness” to album od początku do końca tak bardzo magnetyczny, że szybko stać się może wręcz obsesyjny…

MLWZ album na 15-lecie