Animate - Infinite Imaginations

Paweł Świrek, Animate - Infinite Imaginations

Doczekaliśmy się w końcu pełnowymiarowego krążka zespołu Animate. Choć zespół ten istnieje już paręnaście lat, dotychczas dorobił się jedynie wydawnictw EP. Wcześniej z ich twórczością zetknąłem się w 2017 roku podczas XI Festiwalu Rocka Progresywnego im. Tomasza Beksińskiego w Toruniu. Zaprezentowali wtedy solidną porcję rockowego grania w stylu Rush. Na kanale YouTube można fragmenty tegoż występu. Po ich prześledzeniu zauważyłem, że niektóre z tych utworów trafiły na opisywany dzisiaj krążek zatytułowany „Infinite Imaginations”. Dokładnie pierwszych pięć numerów. Tym sposobem niniejsza płyta stała się zwieńczeniem kilkunastoletniej działalności zespołu.

Faktem jest, że w przeszłości wiele zespołów w podobny sposób wydawało swe pierwsze płyty (choćby Abraxas czy Batalion d’Amour). Stylistycznie całość nie odbiega zbytnio od tego, co usłyszeliśmy festiwalu w Toruniu. Jest głośno, intensywnie i gitarowo, a momentami całości dopełniają klawisze. Tym razem gra na nich basista Przemek. Gdy odsłuchiwałem w samochodzie tę płytę po raz pierwszy, to trochę mnie zdziwił początek utworu „Force Gravity”. Kojarzy się on mocno ze wstępem do debiutanckiej płyty płockiej grupy Anamor, przez co przez chwilę myślałem, że odtwarzacz zrobił mi złośliwego psikusa przełączając się na pendrive i odtwarzając go od pierwszego numeru. Niektóre utwory zostały połączone efektami dźwiękowymi kreującymi coś na wzór minisuity. Podobać może się gęsty od ciężkich gitarowych riffów „Ghostmaker”. Początkowe fragmenty „Still Water” zaskakują ciekawą linią basu. Utwór ten wcześniej ukazał się na wydanej w 2008 roku EP-ce (zarejestrowanej z poprzednim wokalistą). Na wyróżnienie zasługuje też kończące płytę nagranie „Pleasent Addiction”, które zaskakuje rewelacyjną solówką gitarową pojawiającą się bliżej końca numeru.

Płyta jest w sumie bardzo udana, ale jak na mój gust nie jest to jednak kandydatka na płytę roku 2021. Robert Robin Niemiec, choć jest bardzo charyzmatycznym wokalistą, i świetnie prezentuje się na scenie, momentami śpiewa tak, że można odnieść wrażenie pewnego znużenia. A może to zasługa głośnego masteringu całej płyty, kto wie?... Mimo to śmiało polecam tę płytę fanom dobrego polskiego prog metalu.

MLWZ album na 15-lecie