Wilson, Ray - The Weight Of Man

Tomasz Dudkowski, Wilson, Ray - The Weight Of Man

Raya Wilsona zazwyczaj możemy spotkać na licznych koncertach granych pod szyldem Genesis Classic, na których to w większości wykonuje utwory formacji, w której przez krótko był wokalistą (w mojej opinii, niestety zdecydowanie za krótko). Oczywiście w trakcie tych występów umiejętnie wplata w repertuar także własne piosenki, których całkiem pokaźną ilość zdążył przez te wszystkie lata zarejestrować na swoich solowych albumach. Ubiegły rok zmusił Raya, podobnie jak i innych artystów, do pozostania w domu i radzenia sobie w tej bardzo trudnej dla nas wszystkich sytuacji. Początkowo szkocki muzyk zdecydował się by występować na żywo przed publicznością zgromadzoną przed ekranami komputerów (cykl jednoosobowych koncertów nazwanych Un-Tour), następnie skupił się na zbieraniu pomysłów i rejestrowaniu ich już z myślą o nowym wydawnictwie firmowanym własnym nazwiskiem. Dodam, że jest to jubileuszowy, dziesiąty krążek studyjny który nagrał po rozstaniu z Genesis (wliczając w to płyty sygnowane nazwami Cut_ i Ray Wilson & Stiltskin). Od wydania albumów „Song For A Friend” i „Makes Me Think Of Home” minęło już 5 lat, więc fani spragnieni byli nowych dźwięków. Co prawda w międzyczasie usłyszeliśmy dwie nowe propozycje, które znalazły się na składance „Upon A Time”, ale to była tylko niewielka przystawka. Oczekiwanie na nowy album umilały nam single, które, w cyfrowym formacie i jako teledyski, pojawiały się od początku października ubiegłego roku. W sumie do tej pory w ten oto sposób swoją premierę miały aż cztery utwory, skutecznie wzbudzając apetyt na danie główne. Warto zaznaczyć, że nagrania i wydanie krążka częściowo sfinansowali jak zwykle niezwodni w takich chwilach wierni fani uczestniczący w zbiórce crowdfundingowej. W ramach wdzięczności zostali oni wynagrodzeni otrzymując gotowe wydawnictwo ponad miesiąc przed oficjalną premierą, która przewidziana jest na 27 sierpnia.

Do współpracy Ray ponownie zaprosił sprawdzonych w bojach muzyków i zarazem stałych współkompozytorów – klawiszowca Scotta Spence’a i gitarzystę Uwe Metzlera. W nagraniach wzięli także udział inni stali muzycy – basista Lawrie MacMillan oraz gitarzysta Ali Ferguson. Za zestawem perkusyjnym zasiadł stary znajomy z czasów, gdy obaj dzielili scenę i studio nagraniowe z duetem Banks / Rutherford, - izraelski perkusista Nir Zidkyahu - Nir Z. Oprócz nich brzmienie płyty wzbogacili znani ze wspólnych tras z muzykiem Marcin Kajper i Alicja Chrząszcz oraz, odpowiedzialny z finalny mix całości, klawiszowiec i wokalista formacji RPWL – Yogi Lang. Czyli niby wszystko „po staremu”, ale ze sporą dawką świeżej krwi. Wspomniani Metzler i Spence są współautorami zaledwie 4 (każdy po 2) z 10 zamieszonych na krążku piosenek. Większość współtworzył z Wilsonem nowy muzyk na pokładzie – klawiszowiec Jethro Bodean. Jest on częścią zespołu Petera Hoffa, innej często pojawiającej się postaci na albumach Raya od czasu płyty „She” sprzed 15 lat. Może nie przeprowadził on rewolucji w brzmieniu płyty, ale na pewno odcisnął finalnie znaczące piętno na nagraniach. Co ciekawe, panowie z wiadomych przyczyn nie mogli spotkać się osobiście. Bodean wysyłał zatem swoje ambientowe pomysły, a Wilson próbował ułożyć do nich melodie. Następnie podrzucał całość Fergusonowi, a ten układał swoje partie. Wtedy też pomysły Jethro nabierały kształtu już prawie gotowych utworów. Pozostało jeszcze przygotowanie podkładu rytmicznego i tu kolejny raz świetnie spisali się Lawrie MacMillan i Nir Z.

Album rozpoczyna się od singlowego „You Could Have Been Someone” i trzeba przyznać, że jest to zdecydowanie mocne otwarcie. Klimatyczne tło połączone z subtelną pracą sekcji rytmicznej, okraszone dźwiękami klarnetu oraz schowaną gdzieś w tle gitarą. Ray wyśpiewuje tym swoim charakterystycznym lekko zachrypniętym głosem tekst o przechodzeniu obok życia:

“You could have been someone

You could have been me

If you could only see clear

But then you’d stay up all night

And sleep every day

And then instead of face life

You’d just walk away”.

W podobnym klimacie jest ścieżka numer 2, na której znajduje się pierwszy utwór, który Ray zaprezentował światu zapowiadając nową płytę – „Mother Earth”. Zwrotki są subtelne, oparte na pojedynczych uderzeniach w klawisze fortepianu i łkającej w tle gitarze, natomiast w refrenach dzięki mocniejszej pracy perkusji robi się bardziej rockowo i klimatycznie zarazem. Ferguson tym razem mocniej zaznacza swoją obecność prezentując wyśmienite solo. Tekst opowiada o sytuacji w jakiej znalazł się świat na początku ubiegłego roku. O nagłym zatrzymaniu się, zjednoczeniu w trudnym momencie i o tym, że za klika lat o tym wszystkim zapomnimy. Trzeci z napisanych wspólnie z Bodeanem song to „I, Like You” – jeden z najmocniejszych fragmentów wydawnictwa. Rozwija się powoli od śpiewanego na tle klawiszowo-perkusyjnego podkładu, by z czasem nabrać mocy, a potem powrócić do spokojnego tła. Brak tu tradycyjnego podziału zwrotka – refren, a olbrzymie brawa należą się ponownie Aliemu Ferusonowi, który raczy nas ognistym solem kojarzącym mi się z tym co prezentował Daryl Stuemer na koncertach Genesis. Kolejny raz świetną robotę wykonuje tu Nir Z, którego perkusyjna partia wspaniale podkreśliła moc gitarowego sola. W tekście artysta zwraca uwagę na uczciwość, a jedocześnie deficyt tej cechy w społeczeństwie. Pojawiają się również elementy sarkastyczne:

“If all we are is what we have, then we can say we have enough

I can't imagine not embracing

The very thought is bad enough

To keep afloat is not a choice.

It's a simple act of life

We are an island in the sun.

Receiving warmth, until it's night

 

If we took time, in reaching out

Then let's be clear. It was allowed

The need to share it overwhelmed

And it's still there and always will”.

Z kolei powtarzany kilkukrotnie wers „Be as a friend, be as a friend, to me” wyraża tęsknotę za ponownym spotkaniem z publicznością.

Umieszczoną na ścieżce numer 5 kompozycję „Amelia” trudno nazwać tradycyjną piosenką. Ze względu na strukturę kojarzy mi się z „These Are The Changes”, który otwierał drugi album Raya, „The Next Best Thing”. Mamy tu mocny bas, miejscami wyrazistą perkusję oraz zdecydowanie rockową gitarę. Tekst zbudowany jest raczej ze swobodnie powiązanych ze sobą zwrotów, a wyśpiewane wielokrotnie imię Amelia brzmi bardziej jak „Amaleya”. Ważniejsza od treści była tu atmosfera, a ta jest fantastyczna! Zdecydowanie przywołuje klimat, jaki Peter Gabriel stworzył na albumie „IV”.

Tytułowy utwór z płyty to już Ray jakiego dobrze znamy, z klimatycznymi zwrotkami i melodyjnym refrenem. Spod kapitanie pulsującego basu przebija się ambientowe tło, a w końcówce Ferguson olśniewa kolejną solową partią o bluesowym charakterze. „The Weight Of Man” to najdłuższa kompozycja w zestawie z kolejnym tekstem, którego podstawą są rozważania na temat człowieka w pandemicznym świecie i rolą, a właściwie ciężarem jaki stanowi on dla nas wszystkich:

“When I wake up from this dream

I'll wonder when on Earth I've been to

Walking around aimlessly

In a world that cannot hold the weight of man

There's no point asking, I don't know

No one believes in truth, anymore

It feels as if there's nothing changing

Everyone still looks the same

Smiling trying not to laugh

in a world that doesn't know the fate of man

I cannot waste a single moment

wondering what the future's holding

Nothing much will stay the same

In a World that cannot hold the weight of man

 

I hope I live to tell the story

I will take you back there with me a memory I can't forget

Goes on and on and on and on...”.

Pozostała jeszcze jedna kompozycja autorstwa Bodeana. Jest nią 5-minutowy utwór „The Last Laugh”. To kolejny fragment, który mógłby pojawić się na wcześniejszych albumach Wilsona, z przyjemnie brzmiącym basem, intrygującą gitarą i wyrazistą perkusją. W tekście pojawiają się tematy polityczne i religijne, a jest to niestety, szczególnie w dzisiejszych czasach, bardzo niebezpieczna mieszanka.

Przejdźmy zatem do fragmentów skomponowanych przez wymienionych na wstępie stałych współpracowników Wilsona. Uwe Metzler zaproponował „We Knew The Truth Once” oraz rozwinął kompozycję Wilsona „Cold As Stone”. Obie to Ray Wilson jakiego znamy i lubimy. Na uwagę zasługuje szczególnie pierwsza z nich, dość mroczna, a jednocześnie piękna z melodyjnym refrenem. Scott Spence z kolei podpisany jest pod muzyką do „Almost Famous” i „Symptomatic”. Pierwszy z wymienionych to najstarszy utwór jaki znalazł się na albumie. Był grany podczas występów w ramach Un-Tour i początkowo wcale nie był w planach, by znaleźć się w ostatecznym zestawie (podobnie jak inne grane wtedy nowe piosenki), ale ostatecznie zagościł na trackliście albumu, za to wzbogacony o dodatkowe instrumenty (banjo, skrzypce, bas, bębny), a także ukazał się na cyfrowym singlu. „Symptomatic”, podobnie jak „Cold As Stone”, mógłby bez trudu znaleźć się na akustycznym albumie z 2016 roku „Song For A Friend”. W tych czterech nagraniach miejsce Fergusona zajął Metzler, który większy nacisk położył na akustyczne dźwięki, co oczywiście nie jest żadnym zarzutem, bo głos Wilsona idealnie sprawdza się także w takiej odsłonie, jednak w nagraniach brakuje tych gitarowych plam i smaczków, które serwuje w innych utworach Ali. Oczywiście nadal trzymają one bardzo wysoki poziom, ale jednak o sile albumu stanowią bardziej piosenki, których muzyczne podstawy stworzył Jethro Bodean, gdyż wprowadził on odświeżone brzmienie oraz ciekawy klimat do nagrań szkockiego wokalisty.

„The Weight Of Man” kończy cover piosenki The Beatles “Golden Slumbers”. Początkowo znalazł się on na albumie projektu Uwe Metzlera z przeróbkami piosenek słynnej Liverpoolskiej Czwórki. Oprócz niego i Wilsona w nagraniu wzięli udział Frank Dapper (perkusja), Rainer Scheithauer (fortepian), Martin Ziaja (bas) i Henrik Mumm (wiolonczela). Jest to bardzo przyjemna wersja w duchu oryginału, choć podana z nieco większym rozmachem. Znający płytę „Abbey Road” pamiętają, że „Golden Slumbers” przechodzi w „Carry That Weight”. I choć jest to dzieło przypadku (Ray początkowo nie skojarzył tej korelacji), to taki układ spowodował, że album zyskał symboliczne zakończenie – „Ciężar człowieka… nieś ten ciężar”.

To (ukryte) połączenie uzmysłowił Wilsonowi autor grafiki do albumu – Luca ‘Blukaos’ Biondi, który przygotował intrygujący zestaw obrazów ilustrujących teksty poszczególnych utworów, niejednoznacznych, tajemniczych, które można interpretować na różne sposoby. Całość ponownie (od czasu „Song For A Friend” to już tradycja) zapakowano w piękny digibook.

„The Weight Of Man” to bardzo dojrzała i klimatyczna płyta. Jest tu zdecydowanie mniej partii instrumentów smyczkowych (Alicja Chrząszcz gra na skrzypcach tylko w „Almost Famous” i dętych (tu z kolei Marcin Kajper pojawia się w „You Could Have Been Someone”, gdzie gra na klarnecie). Muzyk skupił się na bardziej rockowym składzie, którego grę uzupełnia subtelna elektronika.

Wilson przeszedł daleką drogę od wokalisty śpiewającego w reklamie jeansów do szanowanego, świadomego, niezwykle doświadczonego artysty mającego na koncie wiele płyt solowych, mnóstwo tras koncertowych oraz oddaną grupę wiernych fanów gotowych w ciemno kupować płytę i być pewnymi, że się nie zawiodą. I słusznie! Najnowsze wydawnictwo szkockiego muzyka to bardzo udany zestaw utworów, w którym każda część ma swoje miejsce i żadna nie schodzi poniżej oczekiwanego wysokiego poziomu. Gwarantuję, że każdy, kto choć raz włączy ten krążek będzie chciał wracać do niego bardzo często. Gorąco polecam!

 

PS. Jakże symboliczne dziś, po ponad 23 latach jest wspomnienie, kiedy to w wypełnionym po same brzegi katowickim Spodku, Ray przed wykonaniem utworu „Shipwrecked”, regulując gałką częstotliwość fal radiowych natrafiał na polskie audycje, nie mając wówczas pojęcia, że Polska stanie się jego drugim domem, w którym znajdzie miłość swojego życia, rodzinę i… nas wiernych fanów…

Gorące podziękowania dla Maćka za jego nieocenioną pomoc.

MLWZ album na 15-lecie