Fragile - Beyond

Artur Chachlowski, Fragile - Beyond

Grupę Fragile tworzą prawdziwi muzyczni wyjadacze. Przez ponad 20 lat koncertowali po świecie, supportowali Steve’a Howe’a, Alana White’a oraz Ricka Wakemana i wykonywali na żywo muzykę grupy Yes.

Aktualnie zespół nie występuje już na żywo, ustabilizował swój skład (Claire Hamill – śpiew, Oliver Day – gitary, Max Hunt – instrumenty klawiszowe, gitary i bas oraz Russ Wilson - perkusja), a także zaczął komponować, nagrywać i wydawać oryginalną muzykę inspirowaną dokonaniami i twórczością Yes. Pierwszym tego przejawem była wydana w ubiegłym roku płyta „Golden Fragments”, a teraz, w sierpniu br., ukazał się kolejny album zatytułowany „Beyond”. Znajdujemy na nim trzy długie utwory utrzymane w czystym, klasycznie yesowym, klimacie. Tytułowy, czteroczęściowy „Beyond” trwa prawie 22 minuty i po dynamicznym początku, począwszy od piątej minuty cierpliwie rozwija się z minuty na minutę tworząc epicką, monumentalnie brzmiącą kompozycję. Można by pomyśleć, że to stara, zagubiona suita grupy Yes. Dwa kolejne nagrania – „Yours And Mine” oraz „The Golden Ring Of Time” – mają po prawie 15 minut i też dzieje się w nich wiele dobrego i interesującego. Trzeba tylko słuchając tych epików odrzucić wszelkie zbędne uprzedzenia i dać im szansę zaistnieć w naszej świadomości. To, że brzmią znajomo, chociaż nigdy ich wcześniej nie słyszeliśmy? Nie szkodzi. To nawet lepiej.

Z typowego tribute bandu Fragile przeistoczył się w niezależną, grającą własny, oryginalny repertuar, kapelę, naznaczoną wszakże, i to mocno, stylistyką słynnej formacji. Wiadomo, głos Jona Andersona jest niepodrabialny. Przekonali się o tym wszyscy, którzy poznali oblicze grupy Yes z Trevorem Hornem, Benoit Davidem i Jonem Davisonem za mikrofonem. Claire Hamill, choć także obdarzona krystalicznie czystym, utrzymanym w wysokich rejestrach głosem, nie naśladuje Andersona, ale bardzo go przypomina. Jej sposób wokalnej ekspresji budzi najwyższy szacunek. A instrumentaliści grają tak jakby czas się zatrzymał w szczytowym dla Yesu momencie. Słuchając płyty „Beyond” można powiedzieć, że jest ona brakującym ogniwem między „Relayerem”, a „Going For The One”. Szczególnie gra gitarzysty mocno spowinowacona jest ze stylem Steve’a Howe’a. Również partie gitary basowej mają w sobie mnóstwo podobieństw do charakterystycznych pociągnięć a’la Chris Squire. Strzeliste czarnobiałe klawiatury, które obsługuje Max Hunt mają w sobie więcej jazzrockowego szaleństwa w stylu Patricka Moraza, niźli wirtuozerii Wakemana (choć i takie, mistrzowsko i precyzyjnie zagrane partie się zdarzają - vide fortepianowe przejścia i organy kościelne w finale „Yours And Mine”) czy stonowanego stylu Kaye’a. I w ogóle klimat tej utrzymanej na, obiektywnie rzecz ujmując, wysokim poziomie całości długimi chwilami do złudzenia przypomina to, co zespół Yes tworzył w latach 70. Gdzieniegdzie odzywają się też echa muzycznych dokonań grupy Renaissance. Ta muzyka, choć nie czarujmy się, jest raczej mało odkrywcza, to ma w sobie przestrzeń, jest lekka jak wiatr i zabiera słuchacza w romantyczny, strzelisty soniczny lot.

Tak, Fragile nawiązuje wyraźnie do złotego okresu progresywnego rocka, gra w sposób epicki, wielowątkowy i z rozmachem. Robi to w sposób świadomy, wiedząc że właśnie dlatego nigdy nie pozbędzie się przyklejonej mu łatki „tribute bandu”. Skojarzenia z Yes nasuwają się same w niemal każdej minucie albumu „Beyond”. Fragile nie skupia się na nawet zawoalowanych parafrazach. Wali po prostu wprost, między oczy, jakby z upodobaniem mówiąc: „posłuchajcie tylko jakby mógł brzmieć Yes, gdyby nie poszedł w stronę uproszczonej stylistyki”. Jeńców nie biorą. Odrzucają piosenkowy wymiar twórczości klasyków, skupiają się za to na dłuższych formach muzycznych i dobrze na tym wychodzą. Bo prawdę powiedziawszy, według mnie, ten album jest lepszy od (prawie) wszystkiego, co ‘prawdziwy’ Yes wyprodukował w trakcie ostatnich kilku dekad.

Czy „Beyond” okaże się sukcesem? Odpowiedź na to pytanie zależeć pewnie będzie od tego jak rozumiemy słowo ‘sukces’. Jak dla mnie album brzmi on nieźle i okazuje się zaskakująco satysfakcjonujący. Dużo to czy mało? Dla mnie to wystarczy. Za chwilę znowu sobie go posłucham, by znów nacieszyć uszy tym niesamowicie przyjemnym klimatem minionych lat.

MLWZ album na 15-lecie