Arena - Songs From The Lions Cage

Olga Walkiewicz, Arena - Songs From The Lions Cage

To moja ulubiona płyta. Album mojego życia. Jeden z największych skarbów, jakie posiadam. Arena to numer jeden na liście moich ukochanych zespołów. Tak jest. I tak będzie. Clive Nolan to twórca niezrównany, genialny pianista, kompozytor, poeta i wizjoner. Wspaniały człowiek i przyjaciel. Artysta, który jest wzorem dla wielu innych muzyków.

To był początek ich współpracy. Clive Nolan i Mick Pointer stworzyli esencję swoich muzycznych marzeń. Wtedy, w 1995 roku. To rok w którym ziściły się ich pragnienia. Do dziś pamiętam chwilę , gdy pierwszy raz usłyszałam tę płytę. Mieszkanie mojego przyjaciela. Nieduży pokój. Szary dywan. I ten odlot. Ekstaza dźwięków. Finezja, za którą kryły się najpiękniejsze marzenia i sny. Moje najpiękniejsze odczucia i zmysłowość, jaka objawia się w każdym dźwięku i słowie. Arena - ta prawdziwa i wspaniała. Pierwszy album studyjny - „Songs From the Lions Cage” był objawieniem. To tylko dziewięć utworów, ale jakich. Boskie kompozycje. Bez dwóch zdań.

Płytę otwiera niesamowity „Out Of The Wilderness”. Połączenie motywów klawiszowych z cudowną gitarą Keitha More’a. I ten niezrównany głos Johna Carsona. Taki bajeczny. To co daje posmak niesamowitego „arenowego” szaleństwa. „Out Of The Wilderness” otwiera album, niczym wrota do raju. I jest to dolina pełna doznań graniczących z ekstazą. To co jest, co powinno być metamorfozą piękna i osobliwości. Co jest motorem napędowym rozwoju muzyki jako myśli przewodniej wszystkiego, co drzemie w naszych duszach. Utwory o epickim rozmachu. Marzenia zlepione w senne wizje umiejscowione na granicy jawy i rzeczywistości. „Crying For Help I” to pierwsza część instrumentalnego intro. Znakomitego, pełnego wibracji, lekkości i gracji. Jest jak muzyczna pauza pomiędzy poszczególnymi zdaniami. „Valley of the Kings” to monument. Potęga piękna i apogeum artyzmu. Jest tu tyle treści, tyle ukrytych znaczeń. „Crying For Help II” z cudownym fletem jest jak podróż przez krainę rajskich ogrodów. Zapach róż miesza się z wonią lawendy i mięty. Układa zielone mozaiki ze zmierzchem. I utwór, który jest moim szalonym marzeniem. Snem w równoległej rzeczywistości. Drżeniem warg i oddechem pełnym spełnienia - „Jericho”. To co najpiękniejsze na tej płycie. I tak bardzo mi bliskie. Prawdziwy klejnot. Rzeka muzycznej euforii wklejona w poświatę księżyca. „Crying For Help III” - kolejny instrumentalny „przerywnik” przyprawiony dźwiękiem telefonu i fortepianem. Struktura pełna prostoty, lecz jak bardzo efektowna. „Midas Vision” jest cudowną wyprawą w rejony nieznane i enigmatyczne. Kolejne „Crying For Help IV” bardzo wyciszone i pełne melancholii, z rozbudowaną partią fortepianu. I solówką Steve’a Rothery’ego. To prawdziwy smakołyk. A „Salomon” jest uwieńczeniem płyty. Aureolą otulającą skronie.

Taki jest ten album. Taki zawsze będzie. Dla mnie – jedyny i nieśmiertelny.

MLWZ album na 15-lecie