Abraham, Lee - Only Human

Olga Walkiewicz, Abraham, Lee - Only Human

Już za kilka dni (4 września) premiera kolejnego solowego albumu Lee Abrahama - „Only Human”. Minął zaledwie rok od wydania jego ostatniej płyty - „Harmony/Synchronicity”, a już potrzeba muzycznych wojaży zagnała Lee do kolejnego portu. Portu, w którym światło latarń drzemie na cichej tafli morza. W tej wyprawie towarzyszą mu niezmordowanie muzycy, których nazwiska już niejednokrotnie pojawiały się na jego płytach. Gerard Mulligan (Credo) króluje na perkusji. Mark Spencer (Galahad) śpiewa w chórkach. Rob Arnold ożywia swoimi palcami czerń i biel fortepianu. Jest też dwóch niesamowitych wokalistów: Marc Atkinson i Peter Jones.

Nie ukrywam, że solowe płyty Abrahama miały dla mnie zawsze znacznie większą świeżość i żywszą ekspresję, niż te nagrane z Galahad. Wolę tego Lee, wolnego od wszelkich ograniczeń, Lee – który jest niczym ptak szybujący w przestworzach. Album otwiera czteroczęściowa suita „Counting Down”. „Your Life” to jej ponad dziesięciominutowa część pierwsza, ze ślicznym motywem fortepianu zsynchronizowanym z kolejno nakładającymi się w formie wariacji partiami syntezatora i gitary. Przechodzą one w motoryczną gonitwę, by w punkcie kulminacyjnym ulec melodyjnemu wyciszeniu. To zaledwie pewnego rodzaju intro prowadzące do zasadniczego tematu, już z wokalem Petera Jonesa. W „The System” elektronika wiąże się węzłem gordyjskim z lekkością klawiszowego akompaniamentu. Spokój i wyciszenie - to sztandar, pod którego banderą żaglowiec dźwięków popłynie do samej grani horyzontu, Trzecia część suity, „I Want Out”, delikatnie przyspiesza i wydaje się, że sekcja rytmiczna zaznacza tutaj upragnioną dominantę, porządkuje układankę, narzuca swoją wolę. „Counting Down” to finałowy fragment tej półgodzinnej suity - część absorbująca długością, lecz w swojej osnowie jakże delikatna i koronkowa, wyhaftowana srebrzystą poświatą.

Po tej półgodzinnej dawce emocji mamy na płycie jeszcze cztery inne utwory. Najpierw „Only Human” - kompozycja tytułowa, tym razem Marc Atkinson przy mikrofonie. „Days Gone By” to powrót Petera Jonesa i przebojowego rytmu. Niesamowitość smaków i zapachów, światło spływające spomiędzy obłoków. To jak wejście na szczyt Appalachów w pełnym słońcu, z głową w chmurach i sercem pełnym pieśni. „Falling Apart” (na wokalu ponownie Marc Atkinson) jest kolejną perełką w tej cennej kolii misternie budowanej z dźwięków. I wreszcie kulminacyjny moment albumu - „The Hands Of Time” - utwór, który trzeba poczuć całym ciałem i duszą. Słuchałam go leżąc na dywanie z zamkniętymi oczami. Świat wchodził przez wpół otwarte okno wraz z gwiezdnym pyłem, ekstazą lagun zatopionych w tęczach i lazurach. I wtedy nadszedł czas, można było odpłynąć przed siebie, po oceanie myśli. Daleko w nieśmiertelność...


Album można zamówić bezpośrednio tutaj.

MLWZ album na 15-lecie