Auri - Those We Don't Speak Of

Olga Walkiewicz, Auri - Those We Don't Speak Of

Kiedyś Markus Vanhala z Insomnium powiedział, że melancholia jest cecha narodową Finów. Coś w tym jest. Z pewnością stwierdzenie to sprawdza się w przypadku Auri – zespołu utworzonego w 2011 roku przez muzyków Nightwish, Tuomasa Holopainena i Troya Donockleya, oraz fińskiej wokalistki Johanny Kurkela (Sonata Arctica). To niesamowita trójka muzyków o nieprzeciętnym potencjale.

Pierwszym utworem, jaki został skomponowany był „Aphrodite Rising”. Jego autorem był Troy. Niestety trafił do szuflady, gdyż obowiązki związane z Nightwish i solowa kariera Johanny pokrzyżowały plany nagrania płyty przez kilka długich lat. Rok 2018 został jednak uwieńczony pierwszym albumem o tytule „Auri”. Na następny krążek trzeba było poczekać trzy lata.

Premiera drugiej pełnometrażowej płyty odbyła się 3 września tego roku. „Auri II - Those We Don’t Speak Of” zawiera dziesięć kompozycji, w których krzyżują się ze sobą rock, folk i muzyka progresywna. Wszystko wyważone, bajkowe, lecz stroniące od patosu.

Album otwiera utwór tytułowy ze znakomitą wokalizą Johanny, przekształcającą się w prześliczną linię melodyczną wspartą o smyczkowe tło i chór. Taka koncepcja wokalu ślizgającego się po tafli odbijającej w swoim zwierciadle kilka światów. Jest to rodzaj wprowadzenia do krainy rysowanej przez zespół grafitem zmysłowości. „The Valley” porywa delikatnym smakiem, bogatym instrumentarium i aranżacją. Warto wspomnieć, że muzyka Auri aż ocieka pomysłowością na wykorzystanie różnych, często bardzo rzadkich, instrumentów. Zaskoczeniem na pewno nie będzie altówka na której gra Johanna. Troy Donockley natomiast szaleje na różnych niesamowitych instrumentach. Mamy tu aerofon, bodhran, który jest irlandzkim bębnem obręczowym. Strunowe bouzouki wywodzi się z Azji Środkowej, a uilleann pipes to osiemnastowieczne dudy pochodzące z Irlandii. „The Duty Of Dust” to spokojna ballada. Słuchając tego utworu, zdałam sobie sprawę jak bardzo barwa głosu Johanny przypomina mi wokal Liv Kristine. „Pearl Diving” to łagodność nanizana na nitkę wschodzącego słońca. Mam takie piękne zdjęcie zrobione nad Bałtykiem, o poranku. Bardzo ważne dla mnie i w jakiś niebywały sposób ten obraz połączył się z muzyką. Wzmocnił jej przekaz. Spowodował fuzję światła i myśli z doskonałą muzyką. Taka mozaika z tysiąca elementów. „Kiss The Mountain” to mój ulubiony utwór na tej płycie. Bardzo zmysłowy i tchnący delikatnością. Senny, koronkowy szept. Tu też wyraźnie czuje się jak wielką rolę spełnia wokal Johanny i jak fantastycznie dostraja się ona do dźwiękowego bogactwa tworzonego przez obu panów. „Light And Flood” ma bardzo ciekawe smyczki, które rozkwitają w ciepłe brzmienie chóru i eteryczne klawiszowe tło. Jest tu subtelna wokaliza i mnóstwo soczystości bliskich klimatom grupy Clannad. W „It Takes Me Places” krzyżuje się aura, jaka unosi się w kompozycjach Blackmore’s Night, z delikatnością Tori Amos. „The Long Walk” jest podróżą przez wszystkie barwy codzienności, a „Scattered To The Four Winds” to przepiękne połączenie brzmienia skrzypiec i altówki z tradycyjnym irlandzkim instrumentarium. Wokal jest rodzajem dopowiedzenia, drżącym liściem, szeptem warg czy szelestem traw. Na zakończenie mamy „Fireside Bard” – nagranie to brzmi niczym zwieńczenie wieczoru blaskiem płonącego ogniska. Trzaskające polana, iskierki migocące wśród gałęzi świerków i jodeł. Zapadająca ciemność… I cisza…

MLWZ album na 15-lecie