Gildenlöw, Kristoffer - Let Me Be A Ghost

Artur Chachlowski, Gildenlöw, Kristoffer - Let Me Be A Ghost

Kristoffer Gildenlöw, choć na swojej nowej, czwartej solowej płycie, ma do pomocy kilku muzyków, przedstawił na „Let Me Be A Ghost” bardzo osobistą, melancholijną i chwilami wyciszoną, kameralną wręcz muzykę.

Kristoffer gra na większości instrumentów, ale korzysta też z usług perkusistów Dirka Bruinenberga i Jorisa Lindnera oraz pomocy wokalnej Erny auf der Haar (która odgrywa znaczącą rolę w pięknym utworze ,,Lean On Me'') i Ronji Gildenlöw (śpiewa w ,,The Wind''). No i jest jeszcze jeden, moim zdaniem bardzo znaczący, gościnny udział – niezwykle smakowite gitarowe solo w utworze „Fleeting Thought” w wykonaniu kolegi Kristoffera z grupy Kayak, Marcela Singora. Reszta chwały, zarówno po stronie instrumentalnej, lecz przede wszystkim wokalnej, należy już wyłącznie do naszego głównego bohatera.

Jego piosenki długimi chwilami są bardzo mroczne, teksty dotyczą kilku różnych ważnych tematów życia i często mają autorefleksyjny charakter. Śpiew Kristoffera to jeden z najbardziej intrygujących elementów tego albumu. Wokal jest cichy, momentami bardzo mroczny i niekiedy utrzymany w niskich rejestrach („Blame It All On Me”). W kilku miejscach brzmi tak, jakby był tylko słowem mówionym, co Kristoffer raz po raz stara się uczynić wyróżnikiem swojej wokalnej ekspresji. Prezentuje się on na tym krążku niczym jako gawędziarz z własnym spojrzeniem na życie i świat, który bez pośpiechu snuje swoje melancholijne opowieści. Dlatego wydaje się, że „Let Me Be A Ghost” to płyta, której powinno się słuchać wyłącznie w nocy. Sprawdziłem wielokrotnie: ten album smakuje inaczej za dnia, a zupełnie inaczej po zmroku, gdy wkoło cisza, ciemność i zero odgłosów tętniącego pośpiechem dnia.

Nowy materiał ma wybitnie refleksyjny charakter, a kierunek muzyczny, który Kristoffer wybrał na swojej nowej płycie z pewnością nie należy do najłatwiejszych w odbiorze. Album pełen jest powracających tematów (tytułowy utwór „Let Me Be A Ghost” składa się z trzech części, w tym jednej - „Pt. 2” - w całości instrumentalnej) i przesycony jest niezwykle intensywną atmosferą. Te trzy tytułowe fragmenty nadają ton całości, która niby nie jest ciężka (wszystkie 13 tematów to bardzo refleksyjne piosenki), ale jej mroczny, intensywny wydźwięk wręcz domaga się skupienia przy słuchaniu.

Dlatego wydaje mi się, że album „Let Me Be A Ghost” wymaga trochę więcej czasu i cierpliwości, aby przyswoić sobie całą paletę emocji składających się na przekaz niesiony przez instrumentację i stylową manierę śpiewu Gildenlöwa. Koniecznie trzeba słuchać tej płyty w całości – od deski do deski, od początku do samego końca. Wtedy smakuje najlepiej. Wtedy odbiera się ją najpełniej i najwspanialej. Choć trzeba też przyznać, że jest kilka fragmentów, które śmiało mogłyby zaistnieć samodzielnie. „The Wind”, „Floating Thought”, „Fade Away” czy singlowy „Falling, Floating, Sinking” są tego najlepszymi przykładami.

Gdyby próbować szukać negatywów, to paradoksalnie największą wadą tej płyty jest to, co wydaje się jej zaletą: mroczny, melancholijny, nawiedzony wręcz klimat. Niektórym może on wydać się nudny, przygnębiający i monotonny. Ale to rzecz gustu, albo też nastawienia. Drażnić może też pewien schematyzm. Gdy słucha się kolejnych utworów, to jest niemal pewne, że kilka chwil po spokojnym i cichym początku, nastąpi mocne instrumentalne uderzenie i gwałtowny przyrost ekspresji. Niewątpliwie jest to płyta dla słuchaczy o wyrafinowanym guście. Dla tych, którzy są otwarci i gotowi do odkrywania mrocznych zagadek duszy głównego bohatera.

MLWZ album na 15-lecie